Tak, jak obiecałam w poście z podsumowaniem wakacji, przychodzę dzisiaj do Was z klimatycznym wpisem z małego, rodzinnego tripu na Jurę Krakowsko-Częstochowską. To rejon położony bardzo blisko moich rodzinnych stron, więc rodzice od zawsze wyciągali mnie latem "na skałki", a zimą "na jabłuszko", czyli zjazdy po podzamkowym zboczu. Wspominam to z dużym sentymentem, szczególnie, że w oczach dzieciaka ruiny zamku zmieniały się w okazałe, tętniące życiem zamkowe komnaty, a półdniowa wycieczka jawiła się jako świetna przygoda.






Na pewno nie zwracałam natomiast wtedy takiej uwagi na radość związaną z obcowaniem z przyrodą - wydaje mi się, że po prostu w dzieciństwie to było czymś naturalnym. Potem, przez okres dorastania, zatraca się w nas czasem ta bliskość z naturą. Ta chęć spędzania czasu na świeżym powietrzu (w końcu podwórko to był wtedy drugi dom), zamiłowanie do aktywności fizycznej.

Zaczynamy studia, pracę, przeprowadzamy się do duży miast i odtąd nieco zapominamy o tym, jak bardzo naturalne to dla nas kiedyś było. Teraz każdy wypad do parku to dla mnie celebrowanie kontaktu z naturą, każda wycieczka poza miasto to jak złapanie oddechu i naładowanie baterii - to trochę zabawne, ale z drugiej strony, trzeba jakoś się ratować od zostania totalnym mieszczuchem!







Ten mały wypad na Jurę był czasem naprawdę świetnie spędzonym. Cieszyłam się z pięknych widoków, odkrywania roślin rosnących na skałach, spotkania stada owiec. Poza tym, odkąd wyjechałam na studia, staram się doceniać też coś jeszcze - czas spędzony z rodzinką! Odkąd nie są na wyciągnięcie ręki, każda wspólnie wypita herbata smakuje inaczej. Czyli właściwie podobnie jak z tą naturą :)








***

A Wy lubicie zrobić sobie małą przerwę od miasta? Jesteście nature lover czy raczej w weekendy ciągnie Was do rozświetlonego centrum miasta? Dajcie znać w komentarzach!







Zazwyczaj już w okolicach połowy sierpnia smucę się, że to lato było jak zawsze za krótkie, że jak to już czuć jesienny chłód podczas coraz krótszych wieczorów, a w sklepach dumnie prężą się grube swetry i płaszcze... 

Jednak w tym roku jest inaczej. Lato nas rozpieściło, zaczynając się już w maju i przynosząc wiele upalnych dni, ciepłych nocy i dobrego nastroju. Dlatego też, to podsumowanie przygotowuję z uśmiechem i wdzięcznością, że te wakacje pod wieloma względami były wyjątkowe! Nie udało mi się, niestety, wyjechać gdzieś na dłużej za granicę, ale jak sami zaraz zobaczycie, nie oznaczało to, że było nudno.



W wakacje 2018:


1. Zakumplowałam się z roślinami i zaczęłam tworzyć małą dżunglę na balkonie i w mieszkaniu

Wcześniej standardowo uśmiercałam nawet kaktusy, ale odkąd w moje ręce wpadła świetna książka „Jak nie zabić swoich roślin”, jestem całkiem niezłym, początkującym ogrodnikiem. Kolekcja roślin w mieszkaniu systematycznie się zwiększa, a każde przejście obok osiedlowej kwiaciarni wywołuje deszczyk emocji („ciekawe, co tam nowego”).

Trzy urocze fitonie 

Lektura do przesadzania 




2. Spełniłam swoje małe marzenie i zaczęłam organizować śluby i wesela! 


Co prawda, w branży działam już od kilku miesięcy, ale to w sierpniu miałam okazję po raz pierwszy pomagać przy koordynacji ślubu i wesela. Pracy było dużo, emocji jeszcze więcej! Ślub jedyny w swoim rodzaju - zorganizowany na plaży. Fajnie jest założyć sobie cel, który na początku wydaje się baaardzo odległy i prawie, że niewykonalny, i w ostateczności dopiąć swego.




3. Spędziłam cudowny weekend w Trójmieście, w którym jeszcze mocniej się zakochałam

Z tego pobytu przygotowałam dla Was trzy posty:

moje ulubione miejsca z klimatem w Trójmieście - klik
jedzeniowe polecajki - klik
post z Gdyni Orłowo - klik 




4. Głaskałam alpakę, widziałam drogę mleczną, spałam pierwszy raz od kilku lat pod namiotem, pływałam na kajakach i po prostu cieszyłam się świetnym czasem spędzonym z przyjaciółmi -
czyli odwiedziłam Mazury!




5. Wypiłam dużo sangrii na moim klimatycznym balkonie, tocząc długie, letnie rozmowy z przyjaciółmi i chłopakiem

To brzmi banalnie, ale staram się być wdzięczna za każdy piękny zachód słońca oglądany z mojego mieszkania i za każdą cudowną osobę, która sprawia, że mam ochotę się uśmiechać :)





6. Odkryłam moje nowe ulubione miejsce w okolicy - ścieżkę wzdłuż ogrodów działkowych 
(prowadzącą od mojego mieszkania m.in. do dentysty i Mc Donalda)

Jest cudowna i za każdym razem, jak nią idę, wpadam w sielankowy nastrój.



Skoro jest ulubiona miejscówka, to musi być i mała sesja


7. Starałam się maksymalnie korzystać z lata w mieście

Na spacerach po parkach, w beach barach, w moich ukochanych ogródkach obu Bułek z masłem, na jodze na świeżym powietrzu, w muzeach, czy na filmowym Festiwalu Nowe Horyzonty - we Wrocławiu naprawdę ciężko się nudzić! 


 Słodowa Beach Bar

Z wizytą w Hydropolis 


Park Południowy... gdzieś w tle :)


8. Na zakończenie wakacji wybrałam się z rodzicami na spacer po Jurze Krakowsko-Częstochowskiej

Pożegnanie lata uwieczniłam na kilku klimatycznych zdjęciach - prawdopodobnie niedługo zobaczycie je na blogu :)




9. Troszkę regularniej blogowałam 

Jeden post w tygodniu to wciąż nie jest szczyt moich marzeń, ale biorąc pod uwagę, ze w wakacje miałam sporo pracy, a w weekendy zazwyczaj gdzieś wyjeżdżałam, to nie jest źle. Mam nadzieję, że podobały Wam się poradnikowe wpisy o organizacji wakacji oraz posty z Trójmiasta. 

Kawka i można pisać!



***

Jak widzicie, to było dobre lato! A wrzesień zapowiada się równie dobrze (m.in. Toruń i Bieszczady). 

Zapraszam Was na mój instagram: https://www.instagram.com/karciakolodziejczyk/, gdzie jest zdecydowanie więcej mojej codzienności! Do zobaczenia wkrotce! 




PODSUMOWANIE WAKACJI 2018

by on 16:47
Zazwyczaj już w okolicach połowy sierpnia smucę się, że to lato było jak zawsze za krótkie, że jak to już czuć jesienny chłód podczas...



Na zakończenie wpisów z Trójmiasta, dziś krótki post z kilkoma zdjęciami, które idealnie oddają atmosferę Gdyni Orłowo. Klif w tle wygląda magicznie, plażowiczów prawie nie widać, morze z jednej strony kusi, z drugiej wzbudza respekt...

Na zdjęciach udało się zatrzymać kilka beztroskich, wakacyjnych chwil - to takie wspomnienie, do którego dobrze będzie wracać przy okazji zimnych, jesiennych wieczorów. W końcu drugiego takiego lata nie będzie, więc starajmy się czerpać garściami z miejsc, w których je spędzamy!

I nie ma znaczenia, czy to działka u babci, czy miesięczna podróż po Stanach - nie dajmy sobie wmówić, że coś jest „lepsze”. Jasne, że są miejsca, które z automatu robią wrażenie, ale sztuka tkwi w tym, by w naszym tu i teraz dostrzec wyjątkowość otaczającej nas natury, ludzi, przygód.

Po kilku latach okazuje się, że wyjazdem, do którego wracam myślami wyjątkowo często, był pierwszy „samodzielny” wypad z paczką przyjaciół do Władysławowa. To było polskie morze w najczystszej postaci - imprezy, słabe jedzenie, średnia pogoda, tłumy na plażach. A mimo to ludzie, z którymi tam byłam, sprawili, że zawsze ciepło myślę o tym miejscu. 

Dlatego cieszcie się tym latem. Po prostu.








Summer vibes | TRÓJMIASTO

by on 11:38
Na zakończenie wpisów z Trójmiasta, dziś krótki post z kilkoma zdjęciami, które idealnie oddają atmosferę Gdyni Orłowo. Klif w tle...

Wielu osobom polskie morze kojarzy się gastronomicznie tylko z goframi, rybą w tłustej panierce, kebabem i wszechobecną drożyzną. I okej, absolutnie rozumiem ten punkt widzenia, bo sama kilka razy się zawiodłam. Ale pomyslałam sobie, że to przecież niemożliwe, by w całym Trójmieście nie można było dobrze zjeść! W końcu turyści turystami, ale co z cała rzeszą mieszkańców? 

Dlatego też, przed moimi ostatnimi wizytami w Trójmiescie, robiłam szczegółową listę miejsc, gdzie mogę zjeść dobrze i bez większego ryzyka „wtopy”. Pytałam na facebookowych grupach, odwiedzałam blogi i oto, co dzięki temu mogę Wam szczerze polecić.

Mała uwaga! To raczej miejsca z gatunku tych „na luzie”, bliżej streetfood'u niż wykwintnych restauracji. Takie po prostu lubię najbardziej :)



Na śniadanie - Cały Gaweł (SOPOT)


Miejsce, w którym absolutnie trzeba zjeść leniwe, weekendowe śniadanie. Chociaż i na lunch, czy wieczornego drinka też będzie strzałem w dziesiątkę. Jedzenie jest bardzo smaczne (my testowaliśmy Śniadanie Kaszubskie i kawę), a atmosfera i wystrój lokalu robią ogromne wrażenie. 




Co prawda, na śniadanie czekaliśmy ok. 30 minut, a ceny nie należą do najniższych, ale temu miejscu wszystko się wybacza. Bo można tu po prostu siedzieć i siedzieć - podziwiając liczne rośliny (w tym giantyczną monsterę), przemyślane i niebanalne detale, czy stylowy neon z nazwą lokalu. 





Dodatkowo, sam lokal znajduje się w bardzo przyjemnej lokalizacji - Sopot Centrum (centrum handlowo-restauracyjne połączone z dworcem). Niby do sopockiego Monciaka jest 5 minut, ale czuć, że to miejsce stworzone z myślą o mieszkańcach.

Adres: ul. Dworcowa 7



Na pizzę - Prosto Pizza i Piwo (SOPOT)





Lokal znajdujący się kilka kroków od Całego Gawła, którego nazwa idealnie opisuje to miejsce. Nie ma tu wyszukanych potraw, czy restauracyjnego klimatu, ale można wypić piwo i zjeść dobrą pizzę. 



Nie jest to może poziom wrocławskich najlepszych pizzerii (przyznaję, pod tym względem jestem przez Wrocław mocno rozpieszczona...), ale ciężko się do czegoś przyczepić! 

Adres: ul. Kościuszki 14



Na burgera - Śródmieście (GDYNIA)



Mały lokal z przepysznymi burgerami w bardzo przyzwoitych cenach - tak w skrócie opisałabym Śródmieście. Do tego obłędne frytki i sosy oraz nowoczesne wnętrze - naprawdę przyjemnie było wpaść tam na obiad.

Miły aspekt: kulinarne mapki Gdyni dla każdego! 

Adres: ul. Mściwoja 9



Na kawę - Starbucks (SOPOT Sheraton)



Nie jestem wielką fanką sieci Starbucks, ale ten na sopockiej plaży, nieopodal molo, robi robotę! Lokalizacja spełnia wszystkie kryteria, by nazwać ją idealną na wypicie dobrej kawy. 



Możemy położyć się na leżaku, spojrzeć na morze falujące w oddali albo, jeżeli mamy szczęście, podziwiać pastelowy zachód słońca. Koniecznie! 









A po kawie, warto zainteresować się letnimi seansami kina pod chmurką na molo - o czym więcej piszę w poprzednim poście: klik

Adres: al. Franciszka Mamuszki (wejście na plaże nr 22, na lewo od molo)



Na rybę - A nóż widelec - ryba (GDAŃSK)

Jedyne miejsca, do którego trafiliśmy przypadkiem - miałam ogromną ochotę na uczciwą, smaczną rybę, a do polecanej Centrali Rybnej (w Sopocie) było za daleko. Oceny na Facebooku dobre, więc co tu się dłużej zastanawiać - wchodzimy. Wybór przypadkowy, ale nie zawiodłam się - zjadłam pysznego, delikatnego dorsza z ziemniaczkami, za co zapłaciłam ok. 20 zł. 





Zdecydowanie polecam na obiadową rybkę, natomiast na dłuższe posiedzenie chyba wybrałabym bardziej kameralne miejsce niż środek ul. Pańskiej :)


Adres: ul. Pańska



***

Na koniec mogę wyrazić tylko duży żal, ze relacja Wrocławskich Podróży Kulinarnych (które czasem odwiedzają też miejsca inne niż Wrocław) z NEON Streetfood Bar w Gdyniu, ukazała się już po naszym wyjeździe... Azjatyckie fusion w wykonaniu Jana Kilańskiego  brzmi i wygląda bardzo zachęcająco.

Cóż, to tylko jeden z wielu powodów, żeby jak najszybciej wrócić do Trójmiasta! 


A o dwóch dobrych pizzeriach z mojej poprzedniej wizyty w Trójmieście, możecie przeczytać tutaj: