Po długiej relacji z naszego weekendu w Zakopanem, którą znajdziecie tutaj, dzisiaj przychodzę do Was jeszcze z króciutkim postem z Gubałówki. Na zdjęciach nie znajdziecie tego, co, niestety, to miejsce dominuje - barów z hałaśliwą muzyką, straganów, tłumu ludzi... Zamiast doświadczać tych wątpliwych rozrywek, w pewnym momencie podążyliśmy za stałym mieszkańcem tego miejsca - uroczym kundelkiem, który z dużą pewnością siebie chadzał sobie tylko znanymi ścieżkami. Pokazał nam zaciszną stronę Gubałówki i umożliwił małą sesję - czyż nie wygląda uroczo na tle białego puchu i ośnieżonego lasu? Ja jestem absolutnie zakochana w tym widoku i przede wszystkim tak chcę pamiętać ten wyjazd - jako czas wypełniony wewnętrznym spokojem i pięknem emanującym od tej zimowej krainy. Będę tęsknić!






Odkąd mieszkam we Wrocławiu, co roku tak baaardzo tęsknię za zimą! Taką prawdziwą, z wielkimi zaspami, śniegiem po kolana, lepieniem bałwanów i widokiem dzieci śmigających na sankach. Taką zimę pamiętam jeszcze z dzieciństwa, z rodzinnego miasta. Wybierając więc miejsce na krótki wyjazd w trakcie uczelnianej przerwy zimowej, miałam właściwie tylko jedno kryterium - chciałam poczuć się jak w prawdziwym winter wonderland!


Zakopane nigdy nie przekonywało mnie swoim turystycznymi atrakcjami i miejscami, które klimatem przypominają raczej polskie morze w najgorszej odsłonie, a nie górską oazę spokoju, którą sobie wymarzyłam. 

Na szczęście, udało nam się znaleźć tutaj miejsca z duszą, pełne spokoju, pysznego jedzenia i dobrej kawy. Moje serce najbardziej skradła Cafe Roma, która mieści się tuż przy wejściu do Tatrzańskiego Parku Narodowego (okolice Doliny Strążyskiej). 





Przed wejściem na szlak, zdecydowanie warto wgryźć się w tutejsze słodkie naleśniki, popijając je obłędną kawą albo gorącą czekoladą... 






                   "Słońce gór szybciej zbliża niż rozrywki miasta."
 - Jan Alfred Szczepański 

Myślę, że proste rozwiązania są najlepsze. Chwile spędzane z ukochaną osobą w miejscu, gdzie człowiek ma niewiele do powiedzenia, a to przyroda jest królową i zarazem najlepszą artystką, czasem spajają relacje lepiej niż wielkomiejski blichtr, czy luksusowe hotele.



Wracają na ziemie - zima w Dolinie nie zawodzi ani trochę! Ciężko opisać słowami piękno przyrody o tej porze roku - może zdjęcia oddadzą część jej uroku. Jeśli szukacie wyciszenia, kontaktu z naturą, miejsca na odetchnięcie górskim powietrzem, to lepiej nie traficie. 





Kolejnym miejscem, które oddaje dusze gór i bawi się połączeniem lokalnych smaków z europejską kuchnią, jest restauracja Ziębówka. To ok. 10 min. jazdy od Zakopanego, w Witowie (gdzie wynajmowaliśmy pokój). Atmosfera jest rodzinna, serdeczna, a potrawy rozpływają się w ustach! Aż chce się tu zostać jeszcze parę minut przed powrotem do "rzeczywistości".



"Świat wartości w górach jest prosty i przejrzysty dla każdego. Ale jest to absolut piękna i estetycznych doznań. Nie chcesz, nie jedziesz. Nie jedziesz, nie widzisz. Nie widzisz, nie przeżywasz. Wybór należy do ciebie." – Piotr Pustelnik










Winter wonderland II ZAKOPANE

by on 18:30
Odkąd mieszkam we Wrocławiu, co roku tak baaardzo tęsknię za zimą! Taką prawdziwą, z wielkimi zaspami, śniegiem po kolana, lepieniem ...




Jak już dobrze wiecie z tego wpisu, styczeń zdecydowanie nie był moim miesiącem. Było dużo chorowania, siedzenia w domu i nauki. Na szczęście to ostatnie całkiem zaprocentowało, bo sesja już za mną, a przede mną dwa tygodnie prawdziwych ferii! Za tydzień wyjeżdżamy na weekend do Zakopanego, a w międzyczasie piszę, planuję i... jem :) Co będzie zresztą doskonale widać w tym poście - zapraszam po garść najnowszych inspiracji!


Trochę studiowania, odpoczynku i podróży, czyli mój vision board

Vision board 

Jako maniak planowania uwielbiam sprawdzać różne pomysły z tym związane. Vision board to nic innego jak wizualizacja naszych planów, celów, marzeń na nadchodzący rok. Taki kolaż cieszy oko, ale też przypomina o tym, co chcemy zrealizować i na czym się skupić. Pewnie nie u wszystkich sprawdzi się taka obrazkowa metoda planowania, jednak mnie mój vision board cieszy za każdym razem, jak na niego spojrzę!



Pasibus - burgerowy raj 


Jedzeniowe polecajki 

Końcówka sesji i semestru oznacza, że można w końcu odsapnąć od szybko nudzącego się jedzenia na dowóz. Z tej okazji chciałabym Wam polecić jedzeniowe miejscówki, które są dość nietypowe - wszystkie znajdują się w centrach handlowych. Ale przyznajcie - kto wytrzymałby zakupy bez przerwy choćby na kawę? :) 

  • Pasibus w Pasażu Grunwaldzkim - burgerowy klasyk, na którym nigdy się nie zawiodłam! Mój ulubieniec to Gonzales z nachosami i do tego przepyszne pasifrytki (naprawdę nie rozumiem, jak niektórzy mogą na nie narzekać - są naprawdę w punkt). Poza Pasażem znajdziecie ich oczywiście w innych galeriach (np. Arkady, Wroclavia), ale zdecydowanie najprzyjemniej usiąść w odrębnym lokalu przy ul. Świdnickiej, czy przy ul. Ruskiej.

  • Cafe Vincent - nazwać to miejsce "sieciówką" to grzech, ale jednak ich ekspansja terytorialna Wrocławia trwa w najlepsze, czego dowodem jest nowy lokalizacja mieszcząca się we Wroclavii - z tym, że nie w samej strefie gastronomicznej, czy nawet w środku galerii. Wejście do niej znajduje się z zewnątrz, ale to sprawia, że jest spokojniej i jak zwykle baaaardzo parysko. Jeśli szukacie kawałka Paryża we Wrocławiu, to zdecydowanie polecam wpaść do któregoś Vincenta na kawę, czy pyszne wypieki i po prostu cieszyć się tu i teraz.

  • Express Doner - nie ma, co się rozpisywać, bo wielką fanką kebabów nie jestem, ale jak na jedzenie na szybko we Wroclavii, to jest to całkiem smaczna i uczciwa propozycja. 

  • GIGI Cafe - zupełnie nie rozumiem, dlaczego odkryłam to cudo tak późno! Kawiarnia znajduje się w mini-centrum handlowym Ferio Gaj, czyli ok. 25 minut spacerem z mojego mieszkania. Jest zaskakująco zacisznie, ślicznie (ciekawe wnętrze, marmurkowe stoliki, zastawa z Bolesławca <3) i wyjątkowo smacznie. Drożdżówki i faworki rozpływają się w ustach, a i kawa nie odstaje poziomem. Czuję, że będę tutaj częstym bywalcem!




Cafe Vincent (sweter H&M)

Express Doner



GIGI Cafe (i mój wyprzedażowy łup - futerkowa kurtka z H&M)


Na koniec mam dla Was zdjęcia z części Wrocławia, do której docieram bardzo rzadko - okolice ul. Grabiszyńskiej, pl. Legionów. Pomimo, że nie kojarzyła mi się nigdy szczególnie zachęcająco, to jednak okazało się, że wystarczy pozwolić sobie na bycie turystą w swoim mieście, a prawie wszędzie znajdą się miejsca pełne uroku.








#2 Ulubieńcy weekendu!

by on 17:38
Jak już dobrze wiecie z tego wpisu , styczeń zdecydowanie nie był moim  miesiącem. Było dużo chorowania, siedzenia w domu i nauki....



Przychodzę do Was z pierwszym wpisem w Nowym Roku, który zdecydowanie inaczej sobie wyobrażałam... W tym poście na Facebooku pisałam o moich nowych planach bloga, które opierają się głównie na tym, by gościły tu przede wszystkim wyjazdy i weekendowe przyjemności. Niestety, czasem możemy sobie wszystko perfekcyjnie planować, a życie sprowadza nas na ziemie. Kiedy już myślałam, że jestem w tym sezonie choroboodporna i mogę zwojować świat i nachodzącą sesję, dopadła mnie grypa. I tak od środy leżę w łóżku, w lepszych momentach towarzyszy mi telewizja (piątkowy "Harry Potter" był miodem na moje serce!), a słowo pisane czytam tylko na etykietkach leków.




Na szczęście, od soboty kuruję się w domku i w tym otoczeniu powoli mi się poprawia - szczególnie jak za oknem leży śnieg, którego we Wrocławiu nie uświadczę... Pomagają też cheat meale (teraz to właściwie zdrowe jedzenie można by tak nazwać, patrząc na proporcje, w jakich je spożywam :D), domowy rosół i cały worek kasztanków od babci!






Poza chorowaniem totalnie nic się u mnie nie dzieje, legły w gruzach moje plany na przyszły weekend (wyjazd do Berlina), intensywną naukę do nadchodzącego egzaminu i dokończenie jogowego wyzwania z Adriene. Swoją drogą, wyzwanie bardzo polecam, bo kiedy jeszcze byłam w stanie, to robiłam je codziennie i naprawdę był to jeden z najlepszych elementów dnia - taka chwila tylko dla mnie :). Kiedy tylko choroba odpuści, na pewno do tego wrócę.

I to tyle na dzisiaj, całkiem możliwe, że kolejny weekend będzie wyglądał podobnie fascynująco, tylko zamiast wody z cytryną, miodem i czosnkiem, do ręki dostanę podręcznik... Niemniej wszystkie plany i oczekiwania przenoszę na luty, który, mam nadzieję, będzie dla mnie bardziej łaskawy!




PS. Jeśli jeszcze nie mieliście okazji zobaczyć mojej relacji ze świątecznego Drezna, to zapraszam serdecznie - zdjęcia są magiczne :) https://karkapisarka.blogspot.com/2017/12/swiateczne-drezno.html





#1

by on 12:18
Przychodzę do Was z pierwszym wpisem w Nowym Roku, który zdecydowanie inaczej sobie wyobrażałam...  W tym poście  na Facebooku pisa...