Pokazywanie postów oznaczonych etykietą planowanie. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą planowanie. Pokaż wszystkie posty

Gdy zaczniecie wpisywać w Google hasło „jak napisać magisterkę”, pierwszą podpowiedzią będzie „jak napisać magisterkę w tydzień”. Z jednej strony mam świadomość, że wielu jest takich gagatków, co i w trzy dni są w stanie stworzyć pracę dyplomową (a raczej coś na jej kształt), a z drugiej to od razu ostrzegam, że u mnie nie znajdziecie takich „złotych” rad. Mając na to tydzień, trzeba po prostu siąść i pisać, licząc na cud!


A ja nienawidzę zostawiać tego typu spraw na ostatnią chwilę. Zawsze byłam osobą, która planowała sobie nawet naukę do kartkówki, a co dopiero pisanie magisterki. Dlatego zamiast pokazywać Wam, że da się to zrobić w tydzień, zachęcam, żebyście o pracy dyplomowej pomyśleli odpowiednio wcześniej - a ja niżej opisuję, jak uporać się z tym jednocześnie dość sprawnie, jak i jakościowo.

PS Działa też przy licencjacie ;)


Pisanie magisterki krok po kroku


1. Wybór promotora

To bardzo istotny punkt, od którego całe nasze pisanie magisterki się zaczyna. Znam wielu kiepskich promotorów, a bardzo niewielu naprawdę pomocnych i angażujących się, dlatego warto podejść do tego rozsądnie. 

Najważniejsze to oczywiście wybrać promotora, który zajmuje się tematyką naszej przyszłej pracy i będzie udzielał nam merytorycznych uwag. Ale równie istotne jest zasięgnięcie języka - popytajcie starszych znajomych albo poczytajcie fora, żeby przypadkiem nieźle się nie wkopać. 

Dość bezpieczną opcją jest wybór promotora, z którym już kiedyś mieliśmy zajęcia (choć to nie reguła - czasem ktoś jest „kosą” na egzaminach, a świetnym promotorem i odwrotnie).


2. Wybór tematu

Po wyborze promotora musimy sprecyzować temat. Być może już na tym etapie dokładnie wiemy, o czym chcemy pisać magisterkę - to świetnie. Jednak gdy znamy tylko ogólny zarys naszego tematu, to czas zacząć go zagłębiać. 

Na pewno pomocne jest sprawdzenie źródeł - zarówno ich ilości (magisterka to głównie praca odtwórcza, więc sporo literatury źródłowej to obowiązek), jak i tego, co w danym obszarze mają do powiedzenia. Nawet po pobieżnym przejrzeniu paru książek, może okazać się, że trafimy na coś, co nas zainteresuje.

U mojego promotora na jedne z pierwszych seminariów mieliśmy przygotować prezentację wprowadzająca w temat naszej przyszłej pracy. To było pomocne, bo zaczęłam zastanawiać się, jakie mniej więcej problemy chcę poruszyć i skąd będę czerpała o nich wiedzę. Mój ostateczny temat wyklarował się właśnie już na tym etapie i dotyczy on ochrony wizerunku osób powszechnie znanych. 



Gdy tworzyłam prezentację to zorientowałam się też, że wybrany temat zdecydowanie mi leży - mimo pięciu lat studiów nie jestem tak zafascynowana klasycznymi gałęziami prawa, dlatego i na temat pracy starałam się znaleźć coś bardziej „mojego”. Finalnie praca była połączeniem moich zainteresowań prawem autorskim, budowaniem marki, marketingiem oraz Internetem. 

To pokazuje, że znalezienie tematu, który zwyczajnie lubimy, nie jest takie trudne. A moim zdaniem bardzo ważne - ja może nie skakałam z radości na myśl o pisaniu pracy, ale kiedy już zaczynałam pisać, to było to bardzo przyjemne. Czasem napotykałam na trudności natury merytorycznej, ale mimo to starałam się tak dobierać przykłady, rozważania i literaturę, by czerpać z tego radochę. 

Bardzo spodobało mi się, jak mój szef ostatnio powiedział, że podczas rozmowy z klientem zawsze stara się dawać sto procent swojej uwagi i zaangażowania, bo szkoda mu życia na robienie czegoś byle jak

Takie podejście miałam też do pracy - nie jest może milowym krokiem w doktrynie prawa, ale chciałam, by nie była ona napisana bez serca i tylko, żeby napisać. Skoro już moim obowiązkiem było jej stworzenie, postanowiłam, że chcę, by choć trochę mnie to cieszyło. Wam też to radzę!


3. Zgromadzenie kilku pierwszych źródeł

Kiedy już zdecydowaliśmy się na określoną tematykę, czas zacząć przygotowywać się do pisania. Zgromadźcie możliwie dużo źródeł do pierwszego planowanego rozdziału - poszukajcie w bibliotekach (stacjonarnie i w Internecie), księgarniach, zapytajcie wujka Googla, czy może zna jakieś internetowe publikację na ten temat. 

U mnie, ze względu na kierunek, doszły jeszcze orzeczenia, które w sumie też w głównej mierze wyszukiwałam troszkę na oślep w Internecie. Poza tym dobrym źródłem literatury są przypisy - gdy już wypożyczycie 2-3 pozycje, popatrzcie, do jakich innych książek ich autorzy się odwołują.

To też najwyższy czas, by zapoznać się z ogólnouczelnianymi wymogami dotyczącymi formalnych aspektów pracy. Na Uniwersytecie Wrocławskim taki plik po prostu wisi gdzieś na oficjalnej stronie. Dzięki niemu możemy przygotować plik, w którym będziemy pisać - ustawimy odpowiedni font, interlinię, wcięcia. 


4. Plan pracy

Jeżeli do tej pory nie wyklarował Wam się nawet ogólny plan pracy, spróbujcie poszukać głównych zagadnień poruszanych w literaturze, którą zgromadziliście. Ja przed klasycznym planem, zrobiłam mapę myśli, w której wypisywałam wszystko, co przyszło mi na myśl związanego z moim tematem. 

Stopniowo uzupełniałam ją, a w końcu stworzyłam zarys rozdziałów mojej pracy magisterskiej. Wiem, że niektórzy już na tym etapie mają gotowy szczegółowy plan całej pracy, ale ja to robiłam osobno przed każdym rozdziałem.


5. PLAN DZIAŁANIA

Czas na creme de la creme, czyli nasz plan działania. Tak naprawdę to dzięki niemu miałam:

a) motywację do pisania,
b) brak pernamentnej paniki, że nie wiem, co robię,

c) pewność, że zdażę
(bo plan tworzyłam zawsze z zapasem czasowym).


Plan robiłam przed każdym rozdziałem osobno i dzieliłam go na bardzo drobne punkty, które następnie przypisywałam do konkretnych dat. U mnie małe zadania zawsze sprawdzają się lepiej - po prostu. 

Co to były za punkty?

- szukanie źródeł,

- szukanie orzeczeń (i zapisywanie ich i innych internetowych źródeł w zakładkach bądź drukowanie ich),

- dokładny plan danego rozdziału po przejrzeniu źródeł - razem z zaznaczaniem w książkach, które fragmenty pasują do poszczególnych podrozdziałów mojej pracy (każdy podrozdział zaznaczałam innych kolorem) oraz zapisaniem tego na planie pracy (czyli np. do danego podrozdziału dopisywałam „Prawo w Internecie - s. 66). Dzięki temu pisanie szło zdecydowanie sprawniej.

- pisanie poszczególnych podrozdziałów,

- sprawdzenie gotowego rozdziału - szczególnie pod kątem literówek, interpunkcji i poprawności przypisów (które polecam jednak robić koniecznie na bieżąco)

- ewentualnie poprawa rozdziału po uwagach promotora.


Chociaż z pisaniem dzięki takiemu planowi nie powinniście mieć większych problemów, to jednak mogą zdarzyć się małe kryzysy twórcze. Nie chodzi mi o przypadek braku chęci (taki „kryzys” to miałam co chwilę), ale moment, w którym coraz bardziej zagłębiłam się w temat, który stawał się coraz mniej zrozumiały. 

Lekarstwo? Porozmawiać o problemach merytorycznych z promotorem (w końcu od tego jest), albo odpuścić dalsze rozważania w tym obszarze. Praca magisterska to nie doktorat, nie musimy odkrywać nieodkrytego.


6. Sprawdzenie pracy pod kątem formalnym
W tym miejscu Wasze rozdziały magisterki właściwie już powinny być gotowe, więc dobrze przejść do lżejszych aspektów. Jeszcze raz sprawdźcie całość (a najlepiej poproście o to kogoś innego - znalezienie swoich literówek nie jest wcale proste), stwórzcie pełną bibliografię, skorygujcie plan pracy oraz napiszcie wstęp i podsumowanie

Dlaczego te dwa ostatnie punkty dopiero teraz? We wstępnie powinniśmy m.in. zawrzeć cele pracy, które często trudno przewidzieć przed jej napisanem. Z kolej podsumowanie to przecież element



***

Właściwie te sześć kroków to mój klucz do bezstresowego napisania magisterki

Co było najważniejsze? 

Nie rozplanowywałam sobie, że np. w tydzień czy miesiąc po prostu napiszę dany rozdział, ale od razu dzieliłam rozdziały na poszczególne cześć i przypisywałam do dat. Dzięki temu nie czekałam na flow, a po prostu wpisywałam dane zadanie (związane z magisterką) do codziennej listy obowiązków. 

Pisałam też raczej mało, a często - ok. 2 - 4 strony dziennie. W ten sposób nie zajmowało mi to całego dnia (zresztą ciężko o taki dzień, gdy pracujemy, a w weekendy chcielibyśmy też pokorzystać z życia czy pouczyć się), a praca trochę sama się pisała. 



Mam jeszcze kilka drobnych rad, które na pewno usprawnią Waszą pracę:



- Planując jakiś czas na napisanie rozdziału, zawsze róbcie to z zapasem czasowym 

Może wypaść Wam coś nieplanowanego w dzień, w który mieliście pisać, może zdarzyć się, że zwyczajnie Wam się nie chce, może okazać się, że pisanie idzie wolniej niż myśleliście. Dzięki kilkudniowemu zapasowi, nie będziecie się tym martwić.

- Gdy już siadacie do pisania, róbcie tylko to. 

Żadnych rozpraszaczy, Facebooczków, sprzątania. Jak macie z tym problem - polecam metodę pomodoro (aktualnie używam aplikacji Brain Focus i jest całkiem, całkiem).

- Gdy w trakcie pisania okaże się, że nie wiecie jakieś drobnej rzeczy, to nie zaczynajcie nagle szukać jej w panice po Internecie czy w książkach. 

Zapiszcie sobie w tym miejscu na czerwono, że później musicie to odnaleźć/sprawdzić/potwierdzić i wróćcie do tego po skończeniu partii na dany dzień. Albo w ogóle ze świeżą głową nazajutrz.

- Uzupełniajcie przypisy na bieżąco. 

Nigdy nie zostawiajcie tego na później, bo będzie to trwało dziesięć razy tyle plus skończy się jednym wielkim chaosem. Wiem z autopsji :(

- Róbcie kopie zapasowe!!! 

Może to oczywiste, ale wysyłajcie sobie co jakiś czas pracę magisterską na maila, zapisujcie w chmurze, w kilku miejscach na komputerze czy w dokumentach Googla. Poważnie. Mnie w czasie pisania III rozdziału siadł laptop, więc wiem, o czym mówię.

- Jeżeli czujecie się zmęczeni ciągłym pisaniem pracy w tym samym miejscu, zmieńcie je. 

Kto powiedział, że musicie ją pisać tylko w bibliotece? Równie dobre dla Was mogą okazać się kawiarnie, parki, a nawet pociągi.

- Gdy korzystacie z internetowych źródeł i macie taką możliwość, to pracujecie na dwa monitory. 

Mega ułatwienie. 



***


Na koniec przyznam się Wam do jednego: wiem, że tym postem Ameryki nie odkrywam, bo przecież prawie każdy z nas jest w stanie wypracować sobie taki plan pisania magisterki czy licencjatu. 

Ale jednocześnie, gdy rozmawiam ze znajomymi, to mało kto w ogóle planuje sobie szczegółowo pisanie pracy dyplomowej. Bo prostu wiedzą, że muszą do kiedyś tam ją napisać i jak mają „wenę”, to akurat do niej siadają.
Może u niektórych to działa, ale dla większości oznacza to pisanie na ostatnią chwilę i byleby napisać. Po przeczytaniu tego postu chyba wiecie już, że można to zrobić inaczej :) Powodzenia!


















Bullet journal to metoda kreatywnego planowania, która w duży skrócie polega na tym, że w czystym zeszycie (zazwyczaj w kropki) rozrysowujemy sobie własny, unikalny układ stron. W takim układzie możemy zawrzeć dosłownie wszystko - co zresztą potwierdza twórca całej idei, Ryder Carroll.

Bujo to miejsce, gdzie mamy możliwość kreatywnego wyżycia się, długofalowego, bardzo przemyślanego planowania czy używania zwykłych, codziennych to do list.

To od nas zależy, jaki kształt bullet journal ostatecznie przyjmie - co dla mnie przesądziło o sięgnięcie po niego. Oczywiście, od zawsze robiłam maślane oczy do pięknych notatek i bogato ilustrowanych rozkładówek na Pintereście czy Instagramie, ale ostatecznie to rozczarowanie istniejącymi na rynku kalendarzami i planerami, popchnęło mnie do bullet journala.

Wszystkie znane mi planery były dla mnie albo zbyt minimalistyczne i miałam wtedy za mało miejsca na własne notatki, listy itd., albo zbyt przeładowane elementami, z których nawet nie przyszłoby mi do głowy skorzystać. Czy ktoś kiedyś zakolorował ilość wypijanej kawy?! Chyba tylko po to, żeby wzmocnić swoją więź z tym napojem bogów :) A z taką opcją w planerze się spotkałam.

Dlatego, gdy zobaczyłam, że Pani Swojego Czasu wypuszcza nową, mniejszą wersję klasycznego Planera Pełnego Czasu, od razu pomyślałam, że to dobry pretekst, by spróbować "bujowania". Obawiałam się chyba tego, co większość - że tabelki wyjdą koślawe, a do tego codziennie będę musiała poświęcać masę czasu na ich rozrysowanie. Na szczęście do tematu podeszłam praktycznie, bo bullet journal to dla mnie przede wszystkim narzędzie. I jak na bujo, jest dość minimalistycznie i mało czasochłonne (pierwsze rozpisanie wszystkich rozkładówek zajęło mi z dwa wieczory, a przecież mam nawet elementy kaligrafii), ale przy tym estetyczne.

Jaki planer wybrać - recenzja Mini Planeru Pełenego Czasu 




Do rysowania tabelek, własnych układów czy wszelkiego rodzaju list, najlepsze są notesy w kropki. Dzięki nim nawet bez linijki narysujemy w miarę prostą linię. Takie kropki posiada właśnie wspomniany Mini Planer Pełen Czasu. A do tego, ma po prostu najcudowniejszy papier z jakim się spotkałam. Jestem notesowym zbieraczem, więc uwierzcie mi na słowo. To ten rodzaj papieru, w którym wszystkie litery wychodzące spod naszego długopisu wyglądają nagle tak jakoś zgrabnie i kształtnie. A my nie możemy się oderwać od pisania.

Małym minusem planera jest jednak to, że u mnie czasem brush peny (czyli mazaki do kaligrafii) przebijają na drugą stronę. Nie każdy i nie zawsze, ale zdarza się. Mnie to absolutnie nie przeszkadza, bo to jednostkowe przypadki i nie przebijają też w sposób znaczący, ale uznałam, że warto Was poinformować.

Skoro już napisałam o papierze, to wróćmy na moment do kwestii początkowej - okładki. Aktualnie w sklepie wszystkie się wyprzedały, ale możecie podziwiać mój na zdjęciu głównym u góry (jedną z trzech wersji). Te kafelki kojarzą mi się z Portugalią, czyli miejscem, które bardzo chciałabym odwiedzić w najbliższym czasie. Są z jednej strony subtelne jak delikatny szum oceanu, a z drugiej intensywne jak lizbońskie knajpki wypełnione dobrym winem i rozmowami (a przynajmniej tak to sobie wyobrażam :)).

Pod okładką kryje się dokładnie stron 179 stron w formacie nieco mniejszym od zeszytowego A5. Obawiałam się, czy będzie on odpowiedni do bullet journala, ale melduję, że daje radę. 

Na początku planera mamy spis treści - do samodzielnego uzupełnienia, a później rzuty miesięcy - tutaj także sami musimy wpisać poszczególne daty. A później już wiele kropkowanych stron, które zaraz pokażę, jak sobie zagospodarowałam. A, na końcu jest też praktyczna koperta - uwielbiam to rozwiązanie w planerach. 

Jak zacząć bullet journal?


Teraz przyszedł czas na konkrety, czyli moje pierwsze, testowe rozkładówki. Przyznam, że większość stron to inspiracja e-bookiem dołączonym do planera o tym jak w nim planować właśnie. Całość została jednak przeze mnie mocno spersonalizowana.

Przyświecały mi dwa cele:

- wszystko w jednym miejscu (życie prywatne, działania zawodowe, blogowe, domowe i wyjazdy)

- wykorzystanie rozkładówek, które sprawdziły się w starych kalendarzach i planerach oraz dodanie tych, których tam mi brakowało.

To połączenie wyszło u mnie na razie naprawdę nieźle, bo właściwie nie mam nieużywanych stron (no może poza tą z domowymi sprawami, za które po prostu jeszcze się nie zabrałam) i w końcu czuję, że mam nad wszystkim kontrolę. To miłe uczucie - mieć wszystkie najważniejsze sprawy pod ręką.

Moje pomysły na strony w bullet journalu


Podzielę się z Wami kilkoma inspiracyjnymi stronami, które po miesiącu używania zdecydowanie polecam. Wiadomo, że kluczem do bullet journala jest personalizacja, ale i ją trzeba sobie na pewnych wzorach wypracować.

Zaczynamy!

1. Rozkładówka tygodniowa

Czyli dla mnie najważniejsze miejsce, w którym wypisuję najpierw u góry wszystkie zadania na dany tydzień oraz luźne pomysły na czas wolny (tak, by spędzić go wartościowo). Następnie dopasowuję obowiązki do poszczególnych dni tygodnia - z kropkami obok, które zamalowuję, gdy uda mi się je wykonać.



Cały tydzień mieści się spokojnie na dwóch stronach - przez to jest czytelnie i mam "z lotu ptaka" widok na mój rozkład całego tygodnia. Dodatkowo, na dole wydzielonego miejsca dla każdego dnia, zapisuję wydarzenia - np. spotkania, paznokcie, kino, egzaminy - czyli punkty wpisujące się w plan dnia, ale niebędące zadaniami do odhaczenia. Zaznaczam je na kolorowo, dzięki czemu od razu rzucają się w oczy.

Ten tygodniowy układ jak na razie sprawdza się bez zarzutu - zdecydowanie wygrywa czytelnością i tym, że cały tydzień mam w jednym miejscu, a nie np. na osobnych stronach. Nigdy nie potrzebowałam tyle miejsca na listy zadań, a wiele kalendarzy takie układy oferowało.

2. Planer długoterminowy
 

To najfajniejsze narzędzie, która dosłownie skopiowałam od Kasi z Worqshop. Początkowe strony z miesiącami mam wypełnione na razie tylko na dwa miesiące wprzód, więc wszystkie dalsze daty zapisuję właśnie w tym planerze i kategoryzuję. To świetny pomysł na zanotowanie wizyt u lekarza, wyjazdów, urodzin. 

Zdjęcie troszkę ruszone, ale widać, o co chodzi 
3. Strony podróżnicze

  • bucket list - z podziałem na Polskę i świat
  • lista rzeczy do spakowania - sprawdza się na cotygodniowe wyjazdy na studia, ale też dalsze wycieczki. Zazwyczaj uzupełniam ją ołówkiem i potem zmazuję gumką albo tylko rzucam okiem kontrolnie, by sprawdzić, czy wszystko spakowałam
  • plany podróżnicze - to strona znajdująca się na końcu planera, gdzie bardzo luźno i niezobowiązująco planuję sobie kolejne wyjazdy



4. Prezentownik 

U mnie po prostu w formie prostych list z pomysłami na prezenty dla najbliższych mi osób. Muszę przyznać, że jestem naprawdę dobra w prezenty - ale to właśnie między innymi dlatego, że pomysły na nie zapisuję przez cały rok, a nie tylko w grudniu :)

5. Nawyki

Moje kolejne podejście do tego tematu - wcześniej miałam albo za dużo nawyków, albo za mało chęci. Teraz skupiłam się na naprawdę dla mnie najważniejszych, czyli jodze, piciu wody, zdrowym jedzeniu oraz czytaniu (min. dwie książki w miesiącu) i oglądaniu filmów (min. jeden w tygodniu).


Poza tymi dwoma ostatnimi pozycjami (muszę dla nich znaleźć inną formę monitoringu) wszystko się na razie sprawdza  - a kolorowy habit tracker to teraz jedna z moich ulubionych stron. 

6.  Planowanie publikacji postów blogowych i postów na social media 

To mój numer jeden, jeżeli chodzi o przewagę bullet journala nad zwykłymi, gotowymi planerami. W żadnym nie znalazłam miejsca na moją działalność w sieci, czyli planowanie publikacji wpisów na blogu, spisywanie pomysłów, planowanie social mediów.

Teraz w końcu mam to wszystko w jednym miejscu i mimo, że pochodzę do tego bardzo elastycznie, to jednak jest to dla mnie ogromnym ułatwieniem. Wymyśliłam, że planer publikacji będę tak długo, jak to będzie wyglądało estetycznie, wypełnianiała ołowkiem, żeby wciąż mieć to w jednym i tym samym miejscu.



Podobnie zero waste'owo (haha) podeszłam do kwestii pomysłów na zdjęcia, wpisy oraz posty na Facebooka i Instagrama. Używam Karteczek Pełnych Czasu (zaraz wyjdzie na to, że Budzyńska zapłaciła mi za ten wpis), które świetnie trzymają się dzięki swojej elektrostatyczności i można spokojnie przemieszczać je z miejsca na miejsce. Ja po prostu planuję wymieniać je na nowe, gdy zapełnię już te obecne i wykorzystam większość pomysłów.

Poza planerem postów i luźnymi pomysłami, mam też miejsce na "inne sprawy' - z blogiem zawsze coś wpadnie do tej kategorii, więc jeżeli też prowadzicie internetową działalność, to nie zapominajcie o takiej mniej sprecyzowanej przestrzeni.

PS Przy innym moim projekcie rozpisałam każdy post jeszcze dokładniej - podzieliłam tabelkę na: pisanie, korektę, autoryzację, zdjęcia oraz datę. Akurat przy Karce aż tak szczegółowo nie musiałam tego robić, bo mam już wypracowaną pewną rutynę, ale inspiracyjnie Wam wspominam, że można.

7. Wielka lista małych uciech

A na koniec mój mały smaczek, czyli, jak ja to sobie nazywam, "planowanie kreatywne", a raczej raczej ciut magiczne. Wierzę w czarowanie codzienności i to, że mamy duży wpływa na to, czy nasze dni będą pełne takich samych, automatycznych czynności, czy może jednak weźmiemy życie za rogi i będziemy zachwycać się pierwszym oznakami wiosny, gorącym latem i zapachem świątecznych pierników. 


Wydaje mi się, że taką umiejętność cieszenia się codziennością i doceniania tego, co mamy, zatracamy jakoś po liceum. Przynajmniej tak mówi moje doświadczenie. Na studiach zaczęłam więcej od siebie wymagać, myśleć długofalowo i martwić się tym, co przyniesie jutro, kolejny miesiąc i rok. W efekcie oczywiście bardzo łatwo było mi zapomnieć o tym, że fajne życie muszę sobie stworzyć sama, bo nikt tego za mnie nie zrobi. Czasy, gdzie co piątek po prostu szło się z paczką licealnych znajomych w miasto, a wspomnienia trochę "robiły się same", w jakimś stopniu dla mnie minęły. Dlatego próbuję za pomocą planowania znaleźć ich zamiennik.

Jest nim aktualnie właśnie "Lista małych uciech na wiosnę", która powstała w wyniku inspiracji tą od Kasi. To garść pomysłów, dzięki którym cieszę się pierwszymi cieplejszymi dniami, mobilizuję do spacerów i spędzam czas z bliskimi nie tylko przez telewizorem czy przez kabel. Ja potrzebuję takiego bulletowego kopa, żeby robić fajne rzeczy i wcale się tego nie wstydzę. Jeżeli Wy też - inspirujcie się, ile wlezie!



***


Dajcie znać, czy Wy planujecie w bullet journalu i jeżeli tak, to pochwalcie się swoimi sprawdzonymi metodami. Pytajcie też, gdy macie jakieś obawy albo problem związane z takim systemem planowania. Ekspertem nie jestem, ale co sobie poplanowałam, to moje!




















































































Mój pierwszy bullet journal

by on 13:20
Bullet journal to metoda kreatywnego planowania, która w duży skrócie polega na tym, że w czystym zeszycie (zazwyczaj w kropki) rozrysow...

Mój aktualny tryb życia sprawia, że w pociągach spędzam średnio 9 godzin tygodniowo. Jeżeli doliczymy do tego dojazdy autobusami do pracy i z pracy (ok. 20 min. w jedną stronę), to tygodniowa liczba godzin w środkach transportu wzrośnie aż do 12! To prawie cały jeden dzień, który może mi „przelecieć” przez palce i spotęgować zmęczenie albo… mogę go wykorzystać produktywnie. 

I od razu zaznaczam, że nie zawsze tak jest i czasem po prostu w pociągu mam tylko siłę na przeglądanie Internetu albo sen. Jednak w większości przypadków staram się, by w tych środkach transportu normalnie funkcjonować (jak np. teraz pisząc ten post w drodze do Wrocławia) - dzięki temu, gdy dojadę już w końcu na miejsce, wiele spraw mam ogarniętych i mogę skupić się na przyjemniejszych rzeczach. 

W dzisiejszym wpisie chciałam podzielić się z Wami sposobami na to, by jak najlepiej wykorzystywać czas „w drodze” - niezależenie, czy codziennie to godzina na standardowe dojazdy, czy może pociągi i autobusy to Wasze drugi dom. 

Jak się zmobilizować?

Zdj. Marcin Szczygieł <3

By zacząć produktywniej spędzać czas w środkach transportu, najpierw trzeba sobie do tego stworzyć warunki. Tym bardziej, jak pociąg lub autobus kojarzycie przede wszystkim ze spaniem albo co najwyżej przeglądaniem aktualności na Facebooku. 

Oto 5 tipów, dzięki którym wykorzystacie mądrze ten czas:


1. Przygotujcie sobie plan 

Wiem, że bywam nudna z tym planowaniem, ale to się zwyczajnie sprawdza. Jeżeli przed Wami dłuższa podróż, usiądźcie i zastanówcie się wcześniej, co moglibyście w jej czasie załatwić

W przypadku komunikacji miejskiej pomocna może być z kolej lista kilku (kilkunastu) bardzo małych rzeczy, które przybliżą Was do zaplanowanego celu. To powinny być takie drobnostki na 5-10-15 minut, które razem mogą sporo zmienić, tylko trzeba do tego podejść naprawdę bardzo powolutku. 

Żeby nie zostawiać Was z suchą teorią, mam dla Was przykład: z blogowaniem jest trochę tak, że ZAWSZE znajdzie się coś do zrobienia, napisania, załatwienia, poprawienia, dlatego w telefonie mam podręczną listę malutkich spraw, które mogą ogarnąć nawet jadąc rano do pracy. 

To np. dopisanie pomysłów na wpisy, zastanowienie się nad tytułem i nagłówkami do nowego posta (pod SEO), poprawienie BIO na Instagramie, utworzenie promocji, sprawdzenie nowej aplikacji do obróbki zdjęć, poczytanie o odpowiednim oświetleniu zdjęć itd. 

To takie mini-kroczki, które sprawiają, że cały czas coś ulepszam i się uczę. Szczególnie odkąd gdzieś w Internecie przeczytałam, że przeceniamy to, co jesteśmy w stanie zrobić w ciągu jednego dnia, a nie doceniamy tego, co możemy osiągnąć w przeciągu miesiąca czy roku. To taka prawda! Korzystajcie z efektu kuli śnieżnej i działajcie, gdzie się da. 

2.  Gdy już mniej więcej wiecie, jak chcielibyście wykorzystać podróż, stwórzcie sobie do tego warunki.

I w przypadku PKP lepiej z góry załóżcie, że Internetu raczej nie będzie, niż będzie - i do tego dostosujcie plany.
Pobierzcie więc interesujący podcast, ściągnijcie odcinki serialu albo film na aplikację Netflixa (jeżeli nie wiecie o takiej opcji, to informuję, że w przypadku aplikacji mobilnej, możemy pobrać wiele pozycji do oglądania w trybie offline - idealne do pociągu!), pozapisujcie w trybie „czytelnia” interesujące artykuły, spakujcie książkę do plecaka, naładujcie wszystkie sprzęty (z dostępem do gniazdek w pociągach też bywa różnie…). 

Nie dajcie się zaskoczyć albo chować Waszemu wewnętrznemu leniowi za wymówką „ale przecież tu nie ma zasięgu, nic nie mogę zrobić”. Do przygotowań dorzućcie też spakowanie słuchawek - nawet jak macie zamiar robić coś zupełnie niezwiązanego z słuchaniem, to jednak, gdy traficie na sąsiedztwo głośnego malucha albo rozgadanej grupy przyjaciółek, podziękujecie mi za to!

Teraz jeszcze jedna sprawa: mimo, że nie jestem zadowolona z braku dostępu do sieci w pociągach, to jednak jego brak często sprzyja kreatywności. Serio, jak siedzicie kilka godzin w tym samym miejscu, to bardzo prawdopodobne, że w końcu naprawdę zbierzecie się do tego, co w obliczu nadmiaru internetowych bodźców mogliście odkładać w nieskończoność. Mnie rzadko w którym miejscu pisze się tak dobrze, jak po prostu w edytorze tekstu na laptopie w PKP - z niedziałającym Internetem oczywiście ;)

Zdj. Marcin Szczygieł <3 


3. Najpierw chwilę odpocznijcie 

To sprawdzi się w przypadku dłuższych tras, które musicie pokonać np. bezpośrednio po pracy albo ciężkim dniu. Nie zmuszajcie się na siłę do napisania naukowego elaboratu, jeżeli ledwo jesteście w stanie trzymać powieki otwarte. Odcinek serialu czy krótka drzemka to zadbanie o siebie i swoje samopoczucie, a nie strata czasu!

4. Postawcie na mniej angażujące czynności

Podróżowanie męczy i dla wielu osób lepszym pomysłem będzie wybranie jakiejś biernej czynności typu czytanie, słuchanie, oglądanie filmu, niż robienie czegoś twórczego czy uczenie się. 

Ja też często sięgam po podcasty (ewentualnie webinary Pani Swojego Czasu) w drodze z pracy, bo zwyczajnie nie mam siły, by np. poczytać książkę. A w ten sposób wartościowy przekaz spływa do mnie niejako samoistnie, a ja ograniczam się do zamknięcia oczu i słuchania. W ogóle polecam Wam podcasty zawsze i wszędzie, bo to dawka wiedzy, którą przyswaja się wspaniale, a do tego ich wybór jest naprawdę szeroki.

5. Nie zapomnijcie o ruchu

Gdy Wasza podróż ma trwać kilka godzin, w ferworze produktywności nie zapomnijcie o tym, by raz na jakiś czas przejść się po pociągu i odpowiednio nawadniać

Ja ostatnio nawet robiłam krótką sekwencję jogi (łapcie też: Chair Yoga Routine) w pustym przedziale, późnym wieczorem - ktoś mnie przebije? ;) 

***

Skoro znacie już kilka podstawowych wskazówek, które sprawią, że podróż będzie przyjemniejsza i nie pójdzie „na zmarnowanie”, to teraz czas na kilka konkretnych pomysłów - część z nich zresztą pojawiła się już wyżej.

Co robić w środkach transportu - moje pomysły:


  • nauka - wykorzystajcie ten czas, by poczytać notatki, powtórzyć materiał, przygotować się na zajęcia
  • pisanie - w pociągu da się nawet popisać magisterkę, uwierzcie na słowo! Ale oczywiście wszystkie „lżejsze” formy też są dopuszczalne ;) To może być tekst na bloga, odpowiedź na e-maila, dłuższa wiadomość do znajomego, umowa itp. 
  • słuchanie podcastów - od siebie mogę polecić podcasty Pani Swojego Czasu, Michała Szafrańskiego czy Zwierza Popkulturalnego. Dużo darmowej wiedzy i rozrywki. 
  • filmy i seriale - jak pisałam wyżej, Netflix umożliwia pobieranie wielu tytułów ze swojej oferty, a po kilku minutach szybko przyzwyczaicie się do małego ekranu (jeżeli macie takie obawy). U mnie w pociągu świetnie sprawdzają się dokumenty - ostatnio dodałam właśnie wpis o tym jakie dokumenty na Netflixie polecam. Plusem oglądania czegokolwiek w pociągu jest to, że skupiamy się stuprocentowo na tym. W domu z kolej łatwo się rozproszyć, sięgnąć po telefon, a tu wchodzimy w fabułę na maksa. 
  • książki, gazety - na co dzień nie czytam gazet, ale ulubiony tytuł do pociągu? Uwielbiam. Z książkami z kolej sprawa ma się tak jak z filmami - łatwiej skupić się na treści i dokończyć wreszcie książkę, którą czytamy od kilku dobrych tygodni. 
  •  wymyślanie pomysłów, planowanie - to u mnie lekarstwo na brak chęci i siły do zabierania się za „duże” rzeczy w podróży. Często zamiast napisać posta, robię szkic kilku kolejnych, szukam pomysłów (np. na wpisy, na prezenty dla rodziny, na wyjazdy), rozwiązań czy planuję różnego rodzaju działania (w sieci i poza nią).
  • porządki na komputerze - w pociągu możemy w końcu zabrać się za uporządkowanie folderów, usunięcie niepotrzebnych plików czy oczyszczenie swojej wirtualnej przestrzeni. Zróbcie więc„czystki” wśród stron obserwowanych na Facebooku i Instagramie, pousuwajcie zbędne zakładki, wybierzcie zdjęcia do wywołania - cokolwiek do czego ciężko Wam się zabrać w innych warunkach. 



***

To tyle z moich pomysłów na to, jak maksymalnie wykorzystać czas, który większość z nas „marnuje”. Ale też przestrzegam przed jednym: nie starajmy się być produktywni w każdej minucie naszego życia. 

Super jest korzystać z tego, że jedziemy pociągiem i możemy zrobić tyleee rzeczy, ale czasem warto się zatrzymać. Popatrzeć na widok za oknem. „Tylko” posłuchać muzyki. Pogawędzić z pociągowym sąsiadem. 

Bo przecież życie nie jest od tego, by cały czas wszystko robić na sto procent. Nieustanne ćpanie wiedzy i bycie w stanie ciągłego działania, też nie jest zdrowe. Widzę to po sobie - czasem mam wyrzuty sumienia, że jadąc autobusem po prostu patrzyłam się bezmyślnie w telefon, a mogłam zrobić coś mądrzejszego. Mogłam, ale mój świat się nie zawali, bo tego nie zrobiłam. Zrobię tak następnym razem, jak będę miała czas i humor. 

Tak staram się to sobie tłumaczyć i aż jestem ciekawe, czy macie podobny problem? Dajcie znać, bo może to dobry temat na kolejny post? 




Tytuł tego posta brzmi pewnie odrobinę zarozumiale, ale ustalmy sobie jedno: piszę bloga od dwóch lat, w nowej pracy zarabiam pisaniem i jeżeli już miałabym wskazać jeden talent czy raczej umiejętność, którą posiadam, byłoby to właśnie pisanie. Nie uważam się za Hemingwaya, broń Boże!  Ale już nawet abstrahując od stylu, w jakim piszę, wiem jedno: doświadczenie z tym związane pozwoliło mi wypracować pewien schemat, który sprawia, że stworzenie krótszego czy dłuższego tekstu mnie nie przeraża.

Od dawna trzymam się pewnych wypracowanych zasad i dzięki temu pisanie idzie mi szybko i przyjemnie. I tym schematem chciałabym się z Wami podzielić. Będzie przydatny przede wszystkim dla twórców internetowych, ale też copywriterów, studentów borykających się z pracami dyplomowymi, jak i każdego, kto po prostu ma do napisania coś dłuższego niż zwykły SMS.

Jak więc pisać dobre teksty i za dużo się przy tym nie napocić?


1. Wybierzcie temat


Choćby nie wiem, jak piękna była konstrukcja Waszych zdań, nudy temat nigdy się nie obroni. A z kolej ciekawe przemyślenia mogą sprawić, że nawet braki stylistyczne czy interpunkcyjne, schodzą na drugi plan. Świetnym tego przykładem jest blog Katarzyny Czajki, piszącej pod pseudonimem "Zwierz Popkulturalny". Kasia ma zdiagnozowaną dysortografię i w jej tekstach zdarzają się literówki, błędy ortograficzne czy interpunkcyjne. Czasem mnie to razi, ale czy to sprawia, że przestałam ją czytać? Nie. Spostrzeżenia Kasi na temat seriali, filmów i szeroko pojętej kultury są tak trafne, że i tak mam ochotę być z nimi na bieżąco.

Co jednak, gdy nie wiemy na jaki temat chcemy pisać? Ja zawszę zapisuję przyszłe tematy w wersjach roboczych na Bloggerze i gdy akurat nic nowego nie wpada mi do głowy, wybieram coś z takiej listy. Dobrze od czasu do czasu siąść na spokojnie i "zmusić się" do wymyślenia chociaż 5-10 zapasowych pomysłów i na bieżąco dodawać do nich nowe. 

Skąd czerpać inspiracje? U mnie to zazwyczaj filmy, książki (i nie tylko w taki oczywisty sposób, że opisuję książki, które ostatnio czytałam, ale po prostu obcowanie z kulturą otwiera nas na nowe pomysły i pobudza kreatywność), rozmowy, wywiady, życie codzienne, tematy "na czasie" w mediach itd. Dobrym pomysłem jest też obserwowanie blogów czy mediów społecznościowych osób piszących o dziedzinie, która i nas interesuje. Nie chodzi tu o kopiowanie jeden do jednego, ale odnalezienie luźnych inspiracji.



2. Zróbcie dobry plan i porządnych research


Umieściłam to w jednym punkcie, bo u mnie często się to przeplata. Lubię zrobić sobie ogólny plan tekstu, ale gdy zaczynam szukać informacji, wychodzi na to, że nie pomyślałam o poruszeniu jeszcze kilku innych kwestii. Niemniej plan to podstawa i nie wyobrażam sobie pisać "w ciemno". Jeżeli napiszecie sobie dobry, czyli szczegółowy plan, to gdy już siądziecie do pisania, to zamiast zastanawiać się, o czym to powinniście dalej pisać, będziecie po prostu pisać. Cudowne uczucie!


Z planowaniem wiąże się też u mnie standardowy plan pracy nad całym tekstem. Rozplanowuję sobie z góry, w który dzień będę robiła szkic tekstu, w który pisała, w który pracowała nad zdjęciami itd. Staram się wszystkie większe kroki rozdzielać na osobne dni z dwóch przyczyn: nie zawsze w jeden dzień mam tyle czasu, by przygotować publikację od A do Z, a poza tym wielkie zadania mnie przerażają.

3. Napiszcie tekst - prosto i prosto z serca


Teraz wydawałoby się najtrudniejsza część: pisanie. Ale gdy wybierzecie interesujący temat, przygotujecie plan i obszerny research, pisanie tak naprawdę pójdzie samo. Dlatego, co do tego punktu, mam dwie główne uwagi. Po pierwsze, czego nauczyłam się od Joanny Glogazy, piszę maksymalnie prosto. Wiem, że to nie sprawdzi się przy pracach naukowych, ale tak jak wspominałam - ten poradnik kieruję przede wszystkim do blogerów. 

Co to znaczy "pisać prosto"? Dla mnie to unikanie zdań na pięć linijek, zbyt podniosłych i trudnych słów (których na pewno nie użyłabym mówiąc) i lania wody. Czasem moje teksy są długie, ale to tylko dlatego, że akurat tyle mam do przekazania. Praktycznych i zwięzłych informacji, których po prostu w określonej dziedzinie jest sporo. Poza tym, staram się zawsze pisać prosto z serca i nie udawać za pomocą słów kogoś, kim nie jestem. 

Ostatnia ważna rzecz w tym punkcie! Gdy już piszecie, róbcie tylko to. Nie wchodźcie na Facebooka, nie łapcie się za porządki. Ja akurat jak już siądę do pisania, to nic mnie od tego nie oderwie i świat trochę przestaje istnieć, ale jeżeli macie z tym problem, pracujcie metodą pomodoro. Ona zawsze działa.

4. Sprawdźcie całość - styl, interpunkcję, nagłówki 


Teraz to, czego sama musiałam się nauczyć. Nie róbcie korekty tekstu w czasie pisania! Absolutnie nie! Jak już siedliście z laptopem, zaczęliście pisać, macie "flow", to nie zmarnujcie tego, przerywając co dwa słowa, by zobaczyć, czy w poprzednim zdaniu dobrze postawiliście przecinki. To rozprasza i jest zwyczajnie nieefektywne. Dopiero jak skończycie całość, weźcie się za korektę.


Co powinniście zrobić? Sprawdźcie wszystkie literówki, błędy, interpunkcję. Dodajcie nagłówki, jeżeli w trakcie pisania nie przyszły Wam intuicyjnie do głowy (nagłówki są bardzo ważne dla SEO!). Usuńcie podwójne spacje (w Wordzie: Edycja -> Znajdź -> Zamień -> wpisujecie zamianę podwójnej spacji na pojedynczą). Zadbajcie o to, żeby tekst był przyjemny dla czytającego - czyli ściana tekstu odpada. Podzielcie go na akapity, dodajcie punktory, wyboldujcie. Teraz jest czas właśnie na takie dopieszczanie Waszego małego dzieła :)

5. Zadbajcie o SEO


Nie jestem specjalistką, ale nawet ja wiem, że tylko strony SEO-friendly mają szanse dotrzeć do szerszego grona czytelników. Z takich podstawowych rzeczy w tym temacie, możecie zadbać o:

- używanie w tekście słów kluczowych - czyli takich, po jakich chcielibyście, żeby użytkownicy wyszukiwali Wasz tekst

- dobry tytuł - długie i wymyślne tytuły, których nikt nigdy nie wpisze w wyszukiwarkę, są z punktu widzenia SEO bezwartościowe. Przykładowo,  ten post mogłabym zatytułować: Pisanie to moja wielka pasja, dlatego chciałabym się z Wami podzielić pewnymi interesującymi rzeczami, ale kto, na Boga, wpisałby taką frazę w Google?! Dlatego proste tematy, zawierające pytania, słowo kluczowe są najlepsze

- linkowanie - linkowanie zewnętrzne i wewnętrzne też dobrze wpływa na pozycjonowanie strony. Na przykład, jak wspomniałam Wam o Katarzynie Czajce, to dałam od razu odnośnik do jej bloga, co oczywiście jest korzystne dla czytelników, ale też dla widoczności mojej strony. A linkowanie wewnętrzne to już w ogóle moc, bo przykładowo wstawiając link do mojego wpisu z Wiednia pod hasłem "co robić w Wiedniu" daję podpowiedź dla wyszukiwarek, po jakiej frazie czytelnicy powinni dotrzeć do danego posta

- merytoryczną treść i przyjemny do czytania układ tekstu - czyli tak naprawdę rzeczy, które zrobiliście już w poprzednich punktach. Brawo!


6. Dodajcie zdjęcia


Większość nas jest wzrokowcami i mało kto lubi czytać długaśny tekst bez ani jednego zdjęcia. Dla mnie nawet jedno zdjęcie na obszerny post bywa niewystarczające. Dlatego koniecznie dodajcie przynajmniej zdjęcie główne! Jeżeli nie macie swoich przyzwoitych zdjęć, to skorzystajcie z któregoś banku zdjęć. Ja często używam Pixabay, a ostatnio zdarza mi się też embdować zdjęcia z Instagrama. Dzięki temu mam elementy graficzne i wizualne w poście, a nie naruszam niczyich praw autorskich.


Staram się też uczyć podstaw fotografii i robić zdjęcia do tekstów nie tylko podróżniczych, co wymaga oczywiście czasu i nauki, ale z drugiej strony mam wrażenie, że takie wpisy są bardziej dopracowane i w stu procentach moje. Pozostawiam to jednak do Waszej decyzji, bo jak widzicie - są też prostsze, a legalne sposoby.


7. Zróbcie "dystrybucję"


Kiedy już napisaliście artykuł, sprawdziliście go, dodaliście zdjęcia i opublikowaliście, czas zająć się tym, żeby świat się o nim dowiedział. Wciąż panuje jeszcze przekonanie, że dobry tekst sam się obroni. W poczytnej gazecie - pewnie tak. W Internecie? Szczególnie, jeśli jesteście początkujący - raczej nie. 

Dlatego wrzućcie linka do Waszego tekstu na social mediach, udostępnijcie na grupach tematycznych na Facebooku, weźcie udział w "link party" organizowanych przez kogoś bardziej znanego w Internecie (mój tekst o tym, co robić w Budapeszcie poleciła Kasia z Worqshop w swoim wpisie, dzięki czemu nowe osoby mogły go przeczytać), wyślijcie newslettera albo napiszcie do miejsc, stron, osób, które akurat poleciliście czy recenzowaliście w danym poście. Klucz tkwi w tym, by zaprezentować swój tekst nie "na odwal się" (typu: wrzucenie linka + podpis "Nowy post! Wpadajcie!"), ale naprawdę zaciekawić innych i sprawić, by kliknęli w link. 

Te wszystkie kroki nie zawsze będą działać, ale powoli na pewno zaczniecie zauważać efekty. A jak dowiedzieć się, z którego źródła przyszło najwięcej czytelników? Mam nadzieję, że odpowiedź jest oczywista i macie na swojej stronie zainstalowaną wtyczkę Google Analitycs! To najpopularniejszy i darmowy sposób na analizę swoich statystyk. 


***

Na koniec mam dla Was cytat, który, mam nadzieję, zmotywuję Was do dalszej pracy nad tekstami. Pochodzi z książki "Jak pisać. Pamiętnik rzemieślnika", czyli absolutnego klasyka w temacie warsztatu pisarskiego, autorstwa S. Kinga.

W pisaniu nie chodzi o zdobywanie pieniędzy, sławy, uznania, kobiet czy przyjaciół. Koniec końców piszemy, by wzbogacić życie naszych czytelników i swoje przy okazji. Chodzi o uszczęśliwianie. Po prostu o uszczęśliwianie. - "Jak pisać. Pamiętnik rzemieślnika" S. King












Za ten wpis zabierałam się już od początku stycznia, ale po drodze sporo się działo i temat wciąż mi gdzieś umykał. Cieszę się, że chociaż zdążę przed lutym, bo pewnie wtedy mało kogo będzie interesowało podsumowanie minionego roku i wkraczanie w nowy... ;)

W tym poście nie będę robiła klasycznego przeglądu tego, co mi się udało w 2018 i jak wielkie projekty mam na 2019 (prawdę mówiąc, na ten rok nie planuję wielu konkretów, ale o tym zaraz), za to chcę Wam pokazać od strony praktycznej pewien element długofalowego planowania. Jaki? Vision board w połączeniu z one little word. I już spieszę z wyjaśnieniami, co to tak właściwie jest.

Vision board to kreatywna, graficzna mapa marzeń, wizji, celów na dany rok. Wspominałam już o niej we wpisie o najlepszych narzędziach do planowania i organizacji czasu (klik). Ja tworzę ją drugi rok z rzędu w formie prostego kolażu zdjęć. Zawieszam ją w widocznym miejscu (najlepiej w okolicy biurka), żeby codziennie przypominała mi o istotnych rzeczach. 

W tym roku do vision board dołączyłam jeszcze one little word, czyli moje słówko na ten rok. Twórcą idei one little word jest Ali Edwards i ma ono inspirować nas do realizowania planów i działania. Takie wybrane już słówko, można po prostu zachować dla siebie albo właśnie dołączyć do vision board, zamówić z nim kubek czy ustawić na tapecie w telefonie. 

I o ile jestem zwolenniczką pragmatycznego podejścia do planowania, tak te dwa kreatywne, graficzne elementy, nastrajają mnie bardzo pozytywnie na nowe wyzwania. I obrazują to, co wcześniej sobie szczegółowo rozpisałam. Bo miejmy jasność - vision board i one little word to dla mnie tylko dodatki do solidnej analizy minionego roku i wyznaczania sobie celów na następny. 


Zobaczcie teraz, jak moje vision boardy wyglądają w praktyce!


Mój rok 2018




Pokazując Wam moją zeszłoroczną vision board, chcę krótko omówić i zobrazować jaki był dla mnie ten 2018 r. Zaczynając od lewego zdjęcia u góry:


- zdjęcie z kawą i notatkami: w 2018 r. chciałam rozwinąć bloga, więcej pisać i ostro wziąć się za magisterkę. Czy się udało? Na blogu opublikowałam 37 wpisów, co z jednej strony sprawia, że jestem dumna, a z drugiej daleko temu do mojej wymarzonej średniej: 8 postów miesięcznie. 

Za to na pewno jestem zadowolona ze stopniowego rozwijania Instagrama, z jakości wpisów i prawie 50 stron magisterki, którą pisze mi się wyjątkowo przyjemnie.


- zdjęcie z kampera z pięknym widokiem: podróże to moje coroczne marzenie, które w tym roku realizowałam głównie w Polsce. W wakacje odwiedziłam Trójmiasto, Bieszczady, Mazury i Toruń, a poza tym byłam w Wiedniu, Budapeszcie, Brnie, Amsterdamie, Maastricht, Szczecinie i Zakopanem. Wszystkie wycieczki były wyjątkowe i zapewniły masę wspomnień, co zresztą w większości mogliście śledzić na blogu (tutaj link do mojej zakładki "podróże").


- zdjęcie zimowej ulicy: uwielbiam świąteczny, zimowy klimat, dlatego chciałam, żeby towarzyszył mi też w takiej formie. W rzeczywistości winter wonderland odnalazłam w lutym w Zakopanem, a z kolej w grudniu, oglądałam dużo świątecznych filmów, piekłam pierniki, wybierałam prezenty i odwiedziłam świąteczne jarmarki w Brnie czy Budapeszcie. To był magiczny czas.


- "Pocałunek" Klimta: bardzo chciałam zobaczyć ten obraz na żywo i udało się w maju, kiedy wyskoczyliśmy pomajówkowo do Wiednia. 


- zdjęcie z Hermioną: miało mnie zmotywować do solidnej nauki, a... wyszło trochę jak zwykle. Uczyłam się wystarczająco, żeby bez problemu zdać, ale wciąż nie był to poziom na stypendium. Za to praca nad wspominaną magisterką bardzo mnie cieszy i już mam ochotę siąść do dwóch ostatnich rozdziałów (dziwne, wiem!).


- Namaste all damn day: jako hasło przewodnie mojej vision board i przypomnienie o codziennej jodze. Czy była codzienna? Może niekoniecznie, ale i tak towarzyszyła mi naprawdę często. Połowiczny sukces.


- Netflix & chill: przypominajka o odpoczynku w tym zabieganym świecie :)


- zdjęcie Holly ze "Śniadania u Tiffaniego": Audrey Hepburn jest jedną z moich ukochanych aktorek i bardzo podziwiam jej styl i klasę. Chciałam się trochę nim zainspirować. I chyba trafiłam z tym zdjęciem w dziesiątkę, bo rok po tworzeniu tej vision board - w zeszłą sobotę - zorganizowałam przebieraną imprezę urodzinową o tematyce filmowej. I tak, zgadliście! Przebrałam się właśnie za Holly, co możecie zobaczyć na zdjęciach:








Plany na 2019




Tegoroczna vision board jest uboższa od poprzedniej i jest to związane także z moim słówkiem roku, które się na niej znalazło - CHANGE. Rok 2019 będzie dla mnie właśnie rokiem zmian i nowości. Niedługo kończę studia, muszę zadecydować, co dalej chcę robić w życiu, a dodatkowo czeka mnie niebawem (troszkę niespodziewana) przeprowadzka do Warszawy. Dlatego też, w tym roku chcę się skupić na czterech głównych obszarach i nie planować go od razu zbyt szczegółowo, bo zwyczajnie jeszcze nie wiem, w którą stronę to wszystko się potoczy.



Jakie są te obszary?

1) Podróże i czas spędzony wśród natury - w pierwszym półroczu, co prawda, nie zapowiada się dużo wyjazdów, ale wierzę, że w drugim to nadrobimy! Poza tym, podróże w tym przypadku oznaczają też dla mnie małe wycieczki, odkrywanie nowego miasta po przeprowadzce i właśnie wypady do miejsc z piękną przyrodą, bo w 2018 r. odkryłam, że takie chwile relaksują mnie najbardziej.


2) Pisanie, nowa praca, magisterka - najbardziej chciałabym połączyć pierwsze z drugim, ale czy to się uda? :) Na razie skupiam się na blogu, Typowro (świetny portal o Wrocławiu, którego od tego roku mam przyjemność być częścią <3) i pracy nad swoim warsztatem pisarskim. W podsumowaniu stycznia napiszę Wam, jak realizuję to ostatnie postanowienie.


3) Śluby - od zeszłego roku jestem certyfikowaną wedding plannerką i w tym sezonie szykuje mi się już kilka pierwszych ślubów. Jestem z tego powodu dumna i podekscytowana: to piękna branża, która może i jest wymagająca czy momentami nieprzewidywalna, ale też bardzo wzruszająca. 


4) Joga, dbanie o siebie - w 2019 r. chcę ćwiczyć więcej jogi (na razie idzie super: od 1 stycznia codziennie robię wyzwanie z Adriene. Tutaj macie linka, żeby dołączyć: https://www.youtube.com/watch?v=Ok2N3NuXMo0&list=PLui6Eyny-UzzkcCfrpXcgUS0wfEGA), nauczyć się jakiejś fancy pozycji (jak ta ze zdjęcia), a przy tym niech to idzie w parze ze zdrowszym odżywaniem. W każdym razie tak byłoby idealnie. 



***

Wyszedł przedługi wpis, ale bardzo się cieszę, że mogłam się tym wszystkim z Wami podzielić.  Dajcie znać, jak Wy rozprawiacie się z początkiem roku (mam nadzieję, że nie sztampowymi postanowieniami!) i pochwalcie swoimi dokonaniami z poprzedniego. Chętnie poczytam!