Mój aktualny tryb życia sprawia, że w pociągach spędzam średnio 9 godzin tygodniowo. Jeżeli doliczymy do tego dojazdy autobusami do pracy i z pracy (ok. 20 min. w jedną stronę), to tygodniowa liczba godzin w środkach transportu wzrośnie aż do 12! To prawie cały jeden dzień, który może mi „przelecieć” przez palce i spotęgować zmęczenie albo… mogę go wykorzystać produktywnie. 

I od razu zaznaczam, że nie zawsze tak jest i czasem po prostu w pociągu mam tylko siłę na przeglądanie Internetu albo sen. Jednak w większości przypadków staram się, by w tych środkach transportu normalnie funkcjonować (jak np. teraz pisząc ten post w drodze do Wrocławia) - dzięki temu, gdy dojadę już w końcu na miejsce, wiele spraw mam ogarniętych i mogę skupić się na przyjemniejszych rzeczach. 

W dzisiejszym wpisie chciałam podzielić się z Wami sposobami na to, by jak najlepiej wykorzystywać czas „w drodze” - niezależenie, czy codziennie to godzina na standardowe dojazdy, czy może pociągi i autobusy to Wasze drugi dom. 

Jak się zmobilizować?

Zdj. Marcin Szczygieł <3

By zacząć produktywniej spędzać czas w środkach transportu, najpierw trzeba sobie do tego stworzyć warunki. Tym bardziej, jak pociąg lub autobus kojarzycie przede wszystkim ze spaniem albo co najwyżej przeglądaniem aktualności na Facebooku. 

Oto 5 tipów, dzięki którym wykorzystacie mądrze ten czas:


1. Przygotujcie sobie plan 

Wiem, że bywam nudna z tym planowaniem, ale to się zwyczajnie sprawdza. Jeżeli przed Wami dłuższa podróż, usiądźcie i zastanówcie się wcześniej, co moglibyście w jej czasie załatwić

W przypadku komunikacji miejskiej pomocna może być z kolej lista kilku (kilkunastu) bardzo małych rzeczy, które przybliżą Was do zaplanowanego celu. To powinny być takie drobnostki na 5-10-15 minut, które razem mogą sporo zmienić, tylko trzeba do tego podejść naprawdę bardzo powolutku. 

Żeby nie zostawiać Was z suchą teorią, mam dla Was przykład: z blogowaniem jest trochę tak, że ZAWSZE znajdzie się coś do zrobienia, napisania, załatwienia, poprawienia, dlatego w telefonie mam podręczną listę malutkich spraw, które mogą ogarnąć nawet jadąc rano do pracy. 

To np. dopisanie pomysłów na wpisy, zastanowienie się nad tytułem i nagłówkami do nowego posta (pod SEO), poprawienie BIO na Instagramie, utworzenie promocji, sprawdzenie nowej aplikacji do obróbki zdjęć, poczytanie o odpowiednim oświetleniu zdjęć itd. 

To takie mini-kroczki, które sprawiają, że cały czas coś ulepszam i się uczę. Szczególnie odkąd gdzieś w Internecie przeczytałam, że przeceniamy to, co jesteśmy w stanie zrobić w ciągu jednego dnia, a nie doceniamy tego, co możemy osiągnąć w przeciągu miesiąca czy roku. To taka prawda! Korzystajcie z efektu kuli śnieżnej i działajcie, gdzie się da. 

2.  Gdy już mniej więcej wiecie, jak chcielibyście wykorzystać podróż, stwórzcie sobie do tego warunki.

I w przypadku PKP lepiej z góry załóżcie, że Internetu raczej nie będzie, niż będzie - i do tego dostosujcie plany.
Pobierzcie więc interesujący podcast, ściągnijcie odcinki serialu albo film na aplikację Netflixa (jeżeli nie wiecie o takiej opcji, to informuję, że w przypadku aplikacji mobilnej, możemy pobrać wiele pozycji do oglądania w trybie offline - idealne do pociągu!), pozapisujcie w trybie „czytelnia” interesujące artykuły, spakujcie książkę do plecaka, naładujcie wszystkie sprzęty (z dostępem do gniazdek w pociągach też bywa różnie…). 

Nie dajcie się zaskoczyć albo chować Waszemu wewnętrznemu leniowi za wymówką „ale przecież tu nie ma zasięgu, nic nie mogę zrobić”. Do przygotowań dorzućcie też spakowanie słuchawek - nawet jak macie zamiar robić coś zupełnie niezwiązanego z słuchaniem, to jednak, gdy traficie na sąsiedztwo głośnego malucha albo rozgadanej grupy przyjaciółek, podziękujecie mi za to!

Teraz jeszcze jedna sprawa: mimo, że nie jestem zadowolona z braku dostępu do sieci w pociągach, to jednak jego brak często sprzyja kreatywności. Serio, jak siedzicie kilka godzin w tym samym miejscu, to bardzo prawdopodobne, że w końcu naprawdę zbierzecie się do tego, co w obliczu nadmiaru internetowych bodźców mogliście odkładać w nieskończoność. Mnie rzadko w którym miejscu pisze się tak dobrze, jak po prostu w edytorze tekstu na laptopie w PKP - z niedziałającym Internetem oczywiście ;)

Zdj. Marcin Szczygieł <3 


3. Najpierw chwilę odpocznijcie 

To sprawdzi się w przypadku dłuższych tras, które musicie pokonać np. bezpośrednio po pracy albo ciężkim dniu. Nie zmuszajcie się na siłę do napisania naukowego elaboratu, jeżeli ledwo jesteście w stanie trzymać powieki otwarte. Odcinek serialu czy krótka drzemka to zadbanie o siebie i swoje samopoczucie, a nie strata czasu!

4. Postawcie na mniej angażujące czynności

Podróżowanie męczy i dla wielu osób lepszym pomysłem będzie wybranie jakiejś biernej czynności typu czytanie, słuchanie, oglądanie filmu, niż robienie czegoś twórczego czy uczenie się. 

Ja też często sięgam po podcasty (ewentualnie webinary Pani Swojego Czasu) w drodze z pracy, bo zwyczajnie nie mam siły, by np. poczytać książkę. A w ten sposób wartościowy przekaz spływa do mnie niejako samoistnie, a ja ograniczam się do zamknięcia oczu i słuchania. W ogóle polecam Wam podcasty zawsze i wszędzie, bo to dawka wiedzy, którą przyswaja się wspaniale, a do tego ich wybór jest naprawdę szeroki.

5. Nie zapomnijcie o ruchu

Gdy Wasza podróż ma trwać kilka godzin, w ferworze produktywności nie zapomnijcie o tym, by raz na jakiś czas przejść się po pociągu i odpowiednio nawadniać

Ja ostatnio nawet robiłam krótką sekwencję jogi (łapcie też: Chair Yoga Routine) w pustym przedziale, późnym wieczorem - ktoś mnie przebije? ;) 

***

Skoro znacie już kilka podstawowych wskazówek, które sprawią, że podróż będzie przyjemniejsza i nie pójdzie „na zmarnowanie”, to teraz czas na kilka konkretnych pomysłów - część z nich zresztą pojawiła się już wyżej.

Co robić w środkach transportu - moje pomysły:


  • nauka - wykorzystajcie ten czas, by poczytać notatki, powtórzyć materiał, przygotować się na zajęcia
  • pisanie - w pociągu da się nawet popisać magisterkę, uwierzcie na słowo! Ale oczywiście wszystkie „lżejsze” formy też są dopuszczalne ;) To może być tekst na bloga, odpowiedź na e-maila, dłuższa wiadomość do znajomego, umowa itp. 
  • słuchanie podcastów - od siebie mogę polecić podcasty Pani Swojego Czasu, Michała Szafrańskiego czy Zwierza Popkulturalnego. Dużo darmowej wiedzy i rozrywki. 
  • filmy i seriale - jak pisałam wyżej, Netflix umożliwia pobieranie wielu tytułów ze swojej oferty, a po kilku minutach szybko przyzwyczaicie się do małego ekranu (jeżeli macie takie obawy). U mnie w pociągu świetnie sprawdzają się dokumenty - ostatnio dodałam właśnie wpis o tym jakie dokumenty na Netflixie polecam. Plusem oglądania czegokolwiek w pociągu jest to, że skupiamy się stuprocentowo na tym. W domu z kolej łatwo się rozproszyć, sięgnąć po telefon, a tu wchodzimy w fabułę na maksa. 
  • książki, gazety - na co dzień nie czytam gazet, ale ulubiony tytuł do pociągu? Uwielbiam. Z książkami z kolej sprawa ma się tak jak z filmami - łatwiej skupić się na treści i dokończyć wreszcie książkę, którą czytamy od kilku dobrych tygodni. 
  •  wymyślanie pomysłów, planowanie - to u mnie lekarstwo na brak chęci i siły do zabierania się za „duże” rzeczy w podróży. Często zamiast napisać posta, robię szkic kilku kolejnych, szukam pomysłów (np. na wpisy, na prezenty dla rodziny, na wyjazdy), rozwiązań czy planuję różnego rodzaju działania (w sieci i poza nią).
  • porządki na komputerze - w pociągu możemy w końcu zabrać się za uporządkowanie folderów, usunięcie niepotrzebnych plików czy oczyszczenie swojej wirtualnej przestrzeni. Zróbcie więc„czystki” wśród stron obserwowanych na Facebooku i Instagramie, pousuwajcie zbędne zakładki, wybierzcie zdjęcia do wywołania - cokolwiek do czego ciężko Wam się zabrać w innych warunkach. 



***

To tyle z moich pomysłów na to, jak maksymalnie wykorzystać czas, który większość z nas „marnuje”. Ale też przestrzegam przed jednym: nie starajmy się być produktywni w każdej minucie naszego życia. 

Super jest korzystać z tego, że jedziemy pociągiem i możemy zrobić tyleee rzeczy, ale czasem warto się zatrzymać. Popatrzeć na widok za oknem. „Tylko” posłuchać muzyki. Pogawędzić z pociągowym sąsiadem. 

Bo przecież życie nie jest od tego, by cały czas wszystko robić na sto procent. Nieustanne ćpanie wiedzy i bycie w stanie ciągłego działania, też nie jest zdrowe. Widzę to po sobie - czasem mam wyrzuty sumienia, że jadąc autobusem po prostu patrzyłam się bezmyślnie w telefon, a mogłam zrobić coś mądrzejszego. Mogłam, ale mój świat się nie zawali, bo tego nie zrobiłam. Zrobię tak następnym razem, jak będę miała czas i humor. 

Tak staram się to sobie tłumaczyć i aż jestem ciekawe, czy macie podobny problem? Dajcie znać, bo może to dobry temat na kolejny post? 




Dokumenty nigdy nie były moim ulubionym gatunkiem filmu. Kojarzyły mi się przede wszystkim z filmami przyrodniczymi na National Geographic albo dokumentami o kosmosie, które przed snem lubi oglądać mój chłopak. Ostatnio jednak sięgam po dokumenty częściej niż po jakikolwiek inny gatunek.

Jak do tego doszło? Na jedną z moich podróży pociągiem między Wrocławiem a Warszawą, postanowiłam pobrać sobie na Netflixie dwa filmy dokumentalne, które zawsze chciałam obejrzeć, ale w domu jakoś nie mogłam się do nich zebrać. Oba okazały się tak dobre, że przepadłam i bardzo się polubiłam z tym gatunkiem. Nie wiem, czy to magia Netflixa, ale jak dotąd wszystkie dokumenty, które na nim widziałam, były świetne i polecam je każdemu.

W tym wpisie zebrałam te dokumenty, które obejrzałam w lutym. Chcę, żeby to był początek nowej serii na blogu - niekoniecznie tylko o dokumentach, ale po prostu o tym, co z filmów i seriali w danym miesiącu zrobiło na mnie wrażenie.


Poniżej naprawdę dobre dokumenty na Netflixie - z ciekawą historią i świetną realizacją:


1. Fyre: Najlepsza impreza, która nigdy się nie zdarzyła

Sam tytuł zdradza wiele, chociaż ja nie wiedziałam do końca, czego się spodziewać. Nie pamiętałam afery z tym związanej, która miała miejsce w 2017 roku (być może miała większy rozgłos w Ameryce niż w Polsce). W skrócie, Fyre Festival to ekskluzywny festiwal muzyczny zorganizowany na Bahamach, który… nigdy się nie doszedł do skutku. Pomimo ogromnych pieniędzy zainwestowanych w nagranie reklam z influencerami i modelkami oraz wyprzedanych biletów, cały festiwal okazał się jedną, wielką klapą, a jego założyciel - Billy Mcfarland, poszedł do widzenia.

Netflixowski dokument pokazuje krok po kroku kulisy tej spektakularnej porażki i naprawdę finezyjnego oszustwa finansowego (oglądałam to jak trzymający w napięciu thriller!). To przerażające i fascynujące jednocześnie, jak wszyscy tak bardzo pragniemy żyć jak gwiazdy z Instagrama, że jesteśmy w stanie uwierzyć w każdą bajkę (nawet w to, że za 500 dolarów też możemy doświadczyć takiego życia)

2. Lady Gaga: Five Foot Two

Przyznam się do jednego. Przed obejrzeniem „Narodzin gwiazdy” nie przepadałam za Lady Gagą. Kojarzyłam ją z kiepską muzyką i dziwnymi przebraniami. Po obejrzeniu wspominanego filmu, w którym zagrała u boku Bradleya Coopera, zaczęłam jednak zupełnie inaczej na nią patrzeć. Uświadomiłam sobie, że wcześniej postrzegałam ją jako pewien wymysł sceniczny, jako stylizację, a nie normalnego człowieka, który się za tym kryje.

„Five Foot Two” to właśnie wyraz tego, jak normalną, a przy tym piekielnie utalentowaną i ambitną osobą jest Gaga. Dokument jest bardzo intymny i pokazuje ją od strony, której być może (tak jak ja) nie dostrzegaliście. Przedstawiono w nim powstawanie jej piosenek i historie, jakie się za tym kryją. Jej problemy zdrowotne (cierpi na fibriomialgię). Jej problemy miłosne. Jej gorsze i lepsze chwile. A przede wszystkim wielki talent i pasję do śpiewania. Od „Amy” opowiadającego o życiu Amy Winehouse, nie widziałam tak szczerego, zarazem pięknego i smutnego, dokumentu o artyście.

3. Płaskoziemcy (Behind the curve)

Teraz nieco luźniejsze klimaty, czyli dokument o ludziach, którzy wierzą, że Ziemia jest płaska. Co więcej, piszą o tym książki, kręcą filmy i organizują konferencje. Film opowiada o wybranych liderach ruchu Płaskoziemców i konfrontuje ich działalność z wypowiedziami naukowców (jednak moim zdaniem zbyt delikatnymi). Momentami jest to wręcz zabawne, a w innych scenach cały ruch przypomina sektę. Do refleksji!

Image result for netflix

4. Minimalism: A Documentary About The important Things

Dokument opowiadający o tym, jak żyć lepiej, mając mniej. Brzmi banalnie, ale to właśnie w prostym życiu wiele osób upatruje kluczu do szczęścia. W filmie wypowiadają się osoby, które żyją w minimalistycznej przestrzeni (pod względem wystroju czy wielkości), mają kilkanaście sztuk odzieży i powstrzymują się od ciągłego konsumowania rzeczy na rzecz konsumowania przeżyć. Stawiają na relacje z bliskimi, na poznawanie nowych osób, na podróże. Nie przywiązują się do rzeczy i przestrzeni. Nie idą na wyprzedaże dzisięć razy do roku.

Dokument ten jest z rodzaju tych mocno refleksyjnych, po których długo jeszcze zastanawiałam się nad niektórymi przekonaniami, które panują w naszym społeczeństwie (np. że sukces oznacza dobrze płatną pracę i kredyt na mieszkanie). Mimo, że zostały w nim zaprezentowane poglądy czasem skrajne i pominięto sporo aspektów minimalizmu, np. ideę less waste czy weganizmu, to jednak przesłanie z niego płynące ma dużą moc. I łatwo o nim zapomnieć w świecie, gdzie w Internecie obserwujemy blogerki codziennie pokazujące nowe ubrania i robiące wielkie haule zakupowe czy ludzi bijących się o torebkę w Lidlu i biorących codziennie nadgodziny, by na to zarobić.

5. Period. End of sentence

Na koniec krótki dokument, który zdobył Oscara za najlepszy krótkometrażowy film dokumentalny. Od razu rozwiewam obawy: tak, to film o okresie i nie, nie ma w nim nic specjalnie obrzydliwego. I to chyba jeden z moich zarzutów tego dokumentu! Wiem, że nie o miesiączkę w nim tylko chodzi, ale jednak wydaje mi się, że traktuje temat zbyt „gładko”.

Mimo to polecam obejrzeć, bo historia kobiet z indyjskiej wsi, które dzięki maszynie do robienia podpasek, mogą wreszcie zacząć normalnie funkcjonować w czasie okresu (a przy tym w końcu coś zarobić), jest bardzo poruszająca. I znowu każe nam docenić to, w jak komfortowym miejscu na świecie żyjemy. Mimo wszystko :)






Tytuł tego posta brzmi pewnie odrobinę zarozumiale, ale ustalmy sobie jedno: piszę bloga od dwóch lat, w nowej pracy zarabiam pisaniem i jeżeli już miałabym wskazać jeden talent czy raczej umiejętność, którą posiadam, byłoby to właśnie pisanie. Nie uważam się za Hemingwaya, broń Boże!  Ale już nawet abstrahując od stylu, w jakim piszę, wiem jedno: doświadczenie z tym związane pozwoliło mi wypracować pewien schemat, który sprawia, że stworzenie krótszego czy dłuższego tekstu mnie nie przeraża.

Od dawna trzymam się pewnych wypracowanych zasad i dzięki temu pisanie idzie mi szybko i przyjemnie. I tym schematem chciałabym się z Wami podzielić. Będzie przydatny przede wszystkim dla twórców internetowych, ale też copywriterów, studentów borykających się z pracami dyplomowymi, jak i każdego, kto po prostu ma do napisania coś dłuższego niż zwykły SMS.

Jak więc pisać dobre teksty i za dużo się przy tym nie napocić?


1. Wybierzcie temat


Choćby nie wiem, jak piękna była konstrukcja Waszych zdań, nudy temat nigdy się nie obroni. A z kolej ciekawe przemyślenia mogą sprawić, że nawet braki stylistyczne czy interpunkcyjne, schodzą na drugi plan. Świetnym tego przykładem jest blog Katarzyny Czajki, piszącej pod pseudonimem "Zwierz Popkulturalny". Kasia ma zdiagnozowaną dysortografię i w jej tekstach zdarzają się literówki, błędy ortograficzne czy interpunkcyjne. Czasem mnie to razi, ale czy to sprawia, że przestałam ją czytać? Nie. Spostrzeżenia Kasi na temat seriali, filmów i szeroko pojętej kultury są tak trafne, że i tak mam ochotę być z nimi na bieżąco.

Co jednak, gdy nie wiemy na jaki temat chcemy pisać? Ja zawszę zapisuję przyszłe tematy w wersjach roboczych na Bloggerze i gdy akurat nic nowego nie wpada mi do głowy, wybieram coś z takiej listy. Dobrze od czasu do czasu siąść na spokojnie i "zmusić się" do wymyślenia chociaż 5-10 zapasowych pomysłów i na bieżąco dodawać do nich nowe. 

Skąd czerpać inspiracje? U mnie to zazwyczaj filmy, książki (i nie tylko w taki oczywisty sposób, że opisuję książki, które ostatnio czytałam, ale po prostu obcowanie z kulturą otwiera nas na nowe pomysły i pobudza kreatywność), rozmowy, wywiady, życie codzienne, tematy "na czasie" w mediach itd. Dobrym pomysłem jest też obserwowanie blogów czy mediów społecznościowych osób piszących o dziedzinie, która i nas interesuje. Nie chodzi tu o kopiowanie jeden do jednego, ale odnalezienie luźnych inspiracji.



2. Zróbcie dobry plan i porządnych research


Umieściłam to w jednym punkcie, bo u mnie często się to przeplata. Lubię zrobić sobie ogólny plan tekstu, ale gdy zaczynam szukać informacji, wychodzi na to, że nie pomyślałam o poruszeniu jeszcze kilku innych kwestii. Niemniej plan to podstawa i nie wyobrażam sobie pisać "w ciemno". Jeżeli napiszecie sobie dobry, czyli szczegółowy plan, to gdy już siądziecie do pisania, to zamiast zastanawiać się, o czym to powinniście dalej pisać, będziecie po prostu pisać. Cudowne uczucie!


Z planowaniem wiąże się też u mnie standardowy plan pracy nad całym tekstem. Rozplanowuję sobie z góry, w który dzień będę robiła szkic tekstu, w który pisała, w który pracowała nad zdjęciami itd. Staram się wszystkie większe kroki rozdzielać na osobne dni z dwóch przyczyn: nie zawsze w jeden dzień mam tyle czasu, by przygotować publikację od A do Z, a poza tym wielkie zadania mnie przerażają.

3. Napiszcie tekst - prosto i prosto z serca


Teraz wydawałoby się najtrudniejsza część: pisanie. Ale gdy wybierzecie interesujący temat, przygotujecie plan i obszerny research, pisanie tak naprawdę pójdzie samo. Dlatego, co do tego punktu, mam dwie główne uwagi. Po pierwsze, czego nauczyłam się od Joanny Glogazy, piszę maksymalnie prosto. Wiem, że to nie sprawdzi się przy pracach naukowych, ale tak jak wspominałam - ten poradnik kieruję przede wszystkim do blogerów. 

Co to znaczy "pisać prosto"? Dla mnie to unikanie zdań na pięć linijek, zbyt podniosłych i trudnych słów (których na pewno nie użyłabym mówiąc) i lania wody. Czasem moje teksy są długie, ale to tylko dlatego, że akurat tyle mam do przekazania. Praktycznych i zwięzłych informacji, których po prostu w określonej dziedzinie jest sporo. Poza tym, staram się zawsze pisać prosto z serca i nie udawać za pomocą słów kogoś, kim nie jestem. 

Ostatnia ważna rzecz w tym punkcie! Gdy już piszecie, róbcie tylko to. Nie wchodźcie na Facebooka, nie łapcie się za porządki. Ja akurat jak już siądę do pisania, to nic mnie od tego nie oderwie i świat trochę przestaje istnieć, ale jeżeli macie z tym problem, pracujcie metodą pomodoro. Ona zawsze działa.

4. Sprawdźcie całość - styl, interpunkcję, nagłówki 


Teraz to, czego sama musiałam się nauczyć. Nie róbcie korekty tekstu w czasie pisania! Absolutnie nie! Jak już siedliście z laptopem, zaczęliście pisać, macie "flow", to nie zmarnujcie tego, przerywając co dwa słowa, by zobaczyć, czy w poprzednim zdaniu dobrze postawiliście przecinki. To rozprasza i jest zwyczajnie nieefektywne. Dopiero jak skończycie całość, weźcie się za korektę.


Co powinniście zrobić? Sprawdźcie wszystkie literówki, błędy, interpunkcję. Dodajcie nagłówki, jeżeli w trakcie pisania nie przyszły Wam intuicyjnie do głowy (nagłówki są bardzo ważne dla SEO!). Usuńcie podwójne spacje (w Wordzie: Edycja -> Znajdź -> Zamień -> wpisujecie zamianę podwójnej spacji na pojedynczą). Zadbajcie o to, żeby tekst był przyjemny dla czytającego - czyli ściana tekstu odpada. Podzielcie go na akapity, dodajcie punktory, wyboldujcie. Teraz jest czas właśnie na takie dopieszczanie Waszego małego dzieła :)

5. Zadbajcie o SEO


Nie jestem specjalistką, ale nawet ja wiem, że tylko strony SEO-friendly mają szanse dotrzeć do szerszego grona czytelników. Z takich podstawowych rzeczy w tym temacie, możecie zadbać o:

- używanie w tekście słów kluczowych - czyli takich, po jakich chcielibyście, żeby użytkownicy wyszukiwali Wasz tekst

- dobry tytuł - długie i wymyślne tytuły, których nikt nigdy nie wpisze w wyszukiwarkę, są z punktu widzenia SEO bezwartościowe. Przykładowo,  ten post mogłabym zatytułować: Pisanie to moja wielka pasja, dlatego chciałabym się z Wami podzielić pewnymi interesującymi rzeczami, ale kto, na Boga, wpisałby taką frazę w Google?! Dlatego proste tematy, zawierające pytania, słowo kluczowe są najlepsze

- linkowanie - linkowanie zewnętrzne i wewnętrzne też dobrze wpływa na pozycjonowanie strony. Na przykład, jak wspomniałam Wam o Katarzynie Czajce, to dałam od razu odnośnik do jej bloga, co oczywiście jest korzystne dla czytelników, ale też dla widoczności mojej strony. A linkowanie wewnętrzne to już w ogóle moc, bo przykładowo wstawiając link do mojego wpisu z Wiednia pod hasłem "co robić w Wiedniu" daję podpowiedź dla wyszukiwarek, po jakiej frazie czytelnicy powinni dotrzeć do danego posta

- merytoryczną treść i przyjemny do czytania układ tekstu - czyli tak naprawdę rzeczy, które zrobiliście już w poprzednich punktach. Brawo!


6. Dodajcie zdjęcia


Większość nas jest wzrokowcami i mało kto lubi czytać długaśny tekst bez ani jednego zdjęcia. Dla mnie nawet jedno zdjęcie na obszerny post bywa niewystarczające. Dlatego koniecznie dodajcie przynajmniej zdjęcie główne! Jeżeli nie macie swoich przyzwoitych zdjęć, to skorzystajcie z któregoś banku zdjęć. Ja często używam Pixabay, a ostatnio zdarza mi się też embdować zdjęcia z Instagrama. Dzięki temu mam elementy graficzne i wizualne w poście, a nie naruszam niczyich praw autorskich.


Staram się też uczyć podstaw fotografii i robić zdjęcia do tekstów nie tylko podróżniczych, co wymaga oczywiście czasu i nauki, ale z drugiej strony mam wrażenie, że takie wpisy są bardziej dopracowane i w stu procentach moje. Pozostawiam to jednak do Waszej decyzji, bo jak widzicie - są też prostsze, a legalne sposoby.


7. Zróbcie "dystrybucję"


Kiedy już napisaliście artykuł, sprawdziliście go, dodaliście zdjęcia i opublikowaliście, czas zająć się tym, żeby świat się o nim dowiedział. Wciąż panuje jeszcze przekonanie, że dobry tekst sam się obroni. W poczytnej gazecie - pewnie tak. W Internecie? Szczególnie, jeśli jesteście początkujący - raczej nie. 

Dlatego wrzućcie linka do Waszego tekstu na social mediach, udostępnijcie na grupach tematycznych na Facebooku, weźcie udział w "link party" organizowanych przez kogoś bardziej znanego w Internecie (mój tekst o tym, co robić w Budapeszcie poleciła Kasia z Worqshop w swoim wpisie, dzięki czemu nowe osoby mogły go przeczytać), wyślijcie newslettera albo napiszcie do miejsc, stron, osób, które akurat poleciliście czy recenzowaliście w danym poście. Klucz tkwi w tym, by zaprezentować swój tekst nie "na odwal się" (typu: wrzucenie linka + podpis "Nowy post! Wpadajcie!"), ale naprawdę zaciekawić innych i sprawić, by kliknęli w link. 

Te wszystkie kroki nie zawsze będą działać, ale powoli na pewno zaczniecie zauważać efekty. A jak dowiedzieć się, z którego źródła przyszło najwięcej czytelników? Mam nadzieję, że odpowiedź jest oczywista i macie na swojej stronie zainstalowaną wtyczkę Google Analitycs! To najpopularniejszy i darmowy sposób na analizę swoich statystyk. 


***

Na koniec mam dla Was cytat, który, mam nadzieję, zmotywuję Was do dalszej pracy nad tekstami. Pochodzi z książki "Jak pisać. Pamiętnik rzemieślnika", czyli absolutnego klasyka w temacie warsztatu pisarskiego, autorstwa S. Kinga.

W pisaniu nie chodzi o zdobywanie pieniędzy, sławy, uznania, kobiet czy przyjaciół. Koniec końców piszemy, by wzbogacić życie naszych czytelników i swoje przy okazji. Chodzi o uszczęśliwianie. Po prostu o uszczęśliwianie. - "Jak pisać. Pamiętnik rzemieślnika" S. King












Jakiś czas temu we wpisie na temat planowania podróży pisałam, że jadąc do danego miasta, zawsze sprawdzam, czy znajdują się w nim miejsca z moich ulubionych kategorii - takich jak palmiarnie, biblioteki czy street art. Pomyślałam, że to może być dobry pomysł na cykl postów, w których będę pokazywać Wam najciekawsze miejsca na świecie właśnie z tych kategorii.

Zacznę od lokalizacji związanych z pisaniem, czyli księgarni i bibliotek. Książki lubiłam czytać od dziecka - w podstawówce byłam w czołówce najczęściej wypożyczających w szkolnej bibliotece, a całodzienna podróż samochodem do Chorwacji oznaczała dla mnie co najmniej dwie przeczytane powieści. W liceum książki czytane "dla rozrywki" odstawiłam troszkę na bok na korzyść lektur i filmów, natomiast na studiach w wolnym czasie najczęściej stawiałam (i stawiam wciąż) na seriale.


Nie oznacza to, że czytam bardzo mało, ale po pierwsze, zmieniły mi się literackie upodobania (polubiłam literaturę faktu czy poradniki), po drugie czytam dużo blogów i e-booków, a po trzecie wolę pisać niż czytać. Te dwie czynności są jednak ściśle ze sobą związane, bo chyba nie ma dobrego pisarza (twórcy, blogera), który z literaturą jest na bakier. Książki inspirują, uczą, doradzają i często są przykładem tego jak pisać bardzo dobrze albo bardzo źle.
I chyba właśnie głównie ze względu na moje zamiłowanie do pisania, odnajduję w miejscach wypełnionych książkami jakąś magię. Czuję "obecność" wielkich pisarzy, wyobrażam sobie cały proces twórczy i nie mogę oderwać wzroku od wijących się pod sufit regałów z książkami.

Jeżeli choć trochę utożsamiacie się z tym co piszę, będziecie zachwyceni miejscami, które wybrałam. Dodatkowo pod niektórymi linkuję do moich wpisów z danego miasta - bo mam nadzieję, że m.in. dzięki tym księgarniom czy bibliotekom, zdecydujecie się na wizytę w którymś z nich!

Biblioteki


1. Metropolian Ervin Szabo Library - Budapeszt, Węgry



Neobarokowa, węgierska biblioteka zachwyca przede wszystkim wnętrzami: przepych, atmosfera XIX-wiecznej arystokracji i spiralne, drewniane schody, nadają jej niepowtarzalnej atmosfery.

wpis: Co robić w Budapeszcie?


2. Austriacka Biblioteka Narodowa - Wiedeń, Austria




Austriacka biblioteka to perełka architektoniczna zarówno z zewnątrz, jak i w środku. Znajdziecie tam m.in. przepiękny fresk Daniela Grana (malarza dworskiego) wieńczący wielką kopułę, dwa duże, zabytkowe globusy i ponad 10 milionów książek w zbiorach. Wizyta tam to jak podróż w czasie.

wpis: Majówka w Wiedniu


3. Central Library (UNAM) - Mexico City, Meksyk



Najbardziej "inna" biblioteka z moich wyborów. Mająca mało wspólnego z atmosferą rodem z powieści Zafona, ale mimo to przyciągająca uwagę. To, co wyróżnia UNAM najbardziej, to mural artysty Juana O'Gormana pt. "Historical Representation of Culture" - od 2007 r. wpisanego (wraz z całą uniwersytecką biblioteką) na listę Światowego Dziedzictwa UNESCO.


4. Biblioteka Trinity College (Old Library) - Dublin, Irlandia




Dublińska biblioteka dzięki szlachetnemu, drewnianemu wykończeniu i zbiorach aż po sam sufit, jest moim marzeniem od dawna. Tam naprawdę można się poczuć jak na planie "Bibliotekarza"!


5. Clementinum National Library - Praga, Czechy



Klementinum to dawny budynek kolegium jezuickiego, zlokalizowany blisko słynnego mostu Karola. Barokowa biblioteka jest zdecydowanie jednym z piękniejszych miejsc w Pradze (o którym dowiedziałam się już po pobycie tam, bo przewodniki rzadko uwzględniają biblioteki wśród absolutnych "must-see" danego miejsca. A szkoda!).

Księgarnie


1. Ulica Cecil Court - Londyn, Wielka Brytania



Właściwie mogłabym napisać tylko "Prawdziwa ulica Pokątna" i byłaby to wystarczająca rekomendacja dla każdego fana Harrego Pottera. Ale dla wszystkich innych (dziwni z Was ludzie, naprawdę) wyjaśnię, że przy Cecil Court znajdziecie mnóstwo małych księgarni i antykwariatów z wiktoriańskimi witrynami. Przypominają one właśnie klimat wspominanej ul. Pokątnej, na której uczniowie Hogwartu zaopatrywali się w "szkolną wyprawkę", czyli różdżki, książki, składniki do eliksirów itd.

Uwaga:
Mugolom wstęp wzbroniony!

wpis: Co robić w Londynie?


2. Boekhandel Dominicanen - Maastrich, Holandia



Podobno najładniejsza księgarnia świata. Trudno się nie zgodzić, bo zlokalizowana jest w starym, dominikańskim klasztorze, przez co robi ogromne wrażenie.

wpis: Co robić w Maastricht?


3. Libraria Acqua Alta - Wenecja, Włochy




Pojechałabym do Wenecji choćby tylko ze względu na ten zakątek! Z uwagi na bliskość wody, do księgarni czasem dostaje się woda (!), ale właściciel podobno odpowiednio zadbał o bezpieczeństwo swoich skarbów. Choć z zewnątrz księgarnia może wyglądać trochę niepozornie, w środku znajdziecie nowe i stare pozycje z całego świata.


4. Livraria Lello - Porto, Portugalia



I znowu wracamy do "Harrego Pottera"! Księgarnia Lello zainspirowała podobno samą J.K. Rowling, gdy ta mieszkała w Porto. Schody o bardzo oryginalnym kształcie, miały stać za pomysłem przesuwających się schodów Hogwartu. Patrząc na zdjęcia - w ogóle się nie dziwię!

Aktualnie księgarnia jest na tyle popularna, że za wstęp trzeba zapłacić 4 euro (które jednak jest odliczane od ceny naszych zakupów, jeżeli na takie się zdecydujemy).



5. Shakespear & Company - Paryż, Francja




Moje ulubione miejsce w Paryżu, które zagrało w filmie "Before sunset". Pełne zakamarków, książek i tajemniczości. Trzeba zobaczyć!

wpis: Paryż turystyczny, świąteczny i filmowy 


Inne


1. Alexandra Cafe - Budapeszt, Węgry



Połączeń księgarni z kawiarniami widziałam wiele, ale zlokalizowanego w takim wnętrzu jeszcze nie! Alexandra Cafe to jedna z tych budapesztańskich kawiarni, w których można poczuć klimat węgierskiej bohemy, napić się kawy w złotym wnętrzu (których zresztą w Budapeszcie doświadczycie wiele) i kupić idealną pamiątkę w postaci książki.

2. Cocofli - Wrocław, Polska




Cocofli to z kolej połączenie kameralnej kawiarni i winiarni z księgarnią. Jest klimatycznie, smacznie, a dobór książek potrafi zaskoczyć. Bondy tam nie znajdziecie :)


3. Hostel Book & Bed - Tokio, Japonia



A gdyby tak będąc w Tokio, połączyć nocleg i miłość do literatury? Taką możliwość oferuje Hostel Book & Bed, gdzie po całym dniu zwiedzania, możecie przycupnąć w kącie i poczytać którąś z licznych książek czy magazynów.

Rezerwacje zrobicie przez booking: Book & Bed Tokyo