"Wsi spokojna, wsi wesoła!

Który głos twej chwale zdoła?"


Miniony weekend upłynął mi pod znakiem długiej, samochodowej jazdy, pięknych widoków, beztroski i oderwania się od codzienności - czyli dokładnie tego, co było mi trzeba! Dzisiaj kończy się moja wakacyjna laba, która jednak wcale nie była taka idealna. Upłynęła raczej na szukaniu pracy i mijaniu się z chłopakiem... Dlatego właśnie oboje potrzebowaliśmy takiego wypadu, a za cel podróży obraliśmy Sandomierz i Kazimierz.



Miasteczka te świetne spełniły nasze oczekiwania - śmialiśmy się, że to taka "Polska B", ale właśnie w dobrym wydaniu - spokojna, cicha, bez tego zabiegania charakterystycznego dla dużych miast. Sandomierz okazał się bardziej turystyczny (czy to za sprawą "Ojca Mateusza"? :)) i spędziliśmy w nim ok. 2-3 godzin, co jednak okazało się wystarczające, by się przespacerować, zakupić cydr sandomierski i zjeść lokalny placek zwany "proziakiem".






W Kazimierzu nocowaliśmy w cudownym miejscu, Eko Siedlisku Lubicz, znajdującym się w spokojnej części miasteczka, 20 minut piechotą od rynku. Poranny widok z okna na zabytkową Starą Chatę i las, w połączeniu z pysznym śniadaniem, dobrze nastroił nas na nadchodzący dzień. Potem już tylko jedliśmy, piliśmy kawę i odwiedzaliśmy galerie lokalnych artystów. 






Cały wyjazd nigdzie się nie spieszyliśmy, mieliśmy dużo czasu, żeby porozmawiać, cieszyć się przyrodą i spokojem tych dwóch miasteczek. Było naprawdę idealnie i jak tylko będę miała okazję, to zdecydowanie częściej postaram się odkrywać takie urokliwe miejsca. W końcu Polska jest najpiękniejsza :) 




Sielanka

by on 20:30
" Wsi spokojna, wsi wesoła! Który głos twej chwale zdoła?" Miniony weekend upłynął mi pod znakiem długiej, samocho...


Historia Sophii Amoruso przypomina nieco słynny american dream. A przynajmniej tak sprawę przedstawiały media, które po olbrzymim sukcesie sklepu vintage Nasty Gal określały założycielkę jako "The Sexiest CEOs Alive" (Business Insider w 2013 r.), a jej start-up mianowały "Fastest Growing Retailer" (INC Magazine w 2012 r.). Niestety, jak to w życiu bywa, nic nie trwa wiecznie - nawet tak cieżko zbudowana pozycja marki, o czym Amoruso przekonała się boleśnie pod koniec 2016 roku, kiedy to Nasty Gal ogłosiło bankructwo zgodnie z "Chapter 11, Title 11, United Stares Code". 

Ale zacznijmy od początku. Historia tworzenia Nasty Gal została przedstawiona w nowym serialu Netflixa  "Girlboss", tworzonym we współpracy z samą Szefową i na podstawie jej książki o tym samym tytule - która, jak się pewnie domyślacie, stała się bestsellerem na całym świecie. Ja najpierw sięgnęłam po serial, który mimo, że miał parę niedociągnięć (przede wszystkim przedstawia Sophię  głownie jako zbuntowaną i zagubioną w relacjach z innymi nastolatkę, w której geniusz ciężko czasem uwierzyć) skłonił mnie do przeszukania Internetu w celu lepszego poznania historii Sophii. I, oczywiście, przeczytania jej książki. To właśnie ona sprawiła, że spojrzałam na naszą Szefową jako dziewczynę szalenie inspirującą i posiadającą dużą mądrość życiową. W celu zarażenia Was jej podejściem, piszę ten post i przedstawiam jej wzloty, upadki i jeszcze raz wzloty. Zaczynamy! 

Jest rok 2006, 22 letnia Sophia ma za sobą rozwód rodziców, kradzieże, szemrane towarzystwo oraz  liczne i raczej krótkie epizody z pracą - od sprzedawania kanapek w Subwayu,  przez posadę w księgarni, aż do doradzania klientkom przy zakupie eksluzywnych butów. Jak sama wieloletnie podkreśla w swojej książce, szybko się nudzi i zmienia pracodawców. Zdecydowanie nie jest też grzeczną dziewczynką, jednak to właśnie ten silny charakter nieraz jeszcze ją w życiu uratuje.  W końcu trafia na coś, co sprawia, że serce jej mocniej zabiło - żakiet Chanel w second-handzie za 8 $. Ostatecznie sprzedaje go na właśnie założonym koncie na eBayu za 1000 $.

I tak zaczyna się historia sklepu Nasty Gal. Bez żadnych kredytów, pożyczek, kapitału początkowego, planów biznesowych. Sophia ma pomysł na to, co powinna robić i czuje się w tym dobrze - ubrania znalezione w second-handach albo w zasobach Armii Zbawienia, odpowiednio podrasowane, sfotografowane w kreatywny sposób, stają się obiektem pożądania coraz szerszego grona klientek. Klientek, które Sophia traktuje jak dobre kumpele - dba o kontakt z nimi, o jakość obsługi, detale. W końcu, po zawieszeniu jej konta na eBayu (za linkowanie swoich aukcji w komentarzach na stronach innych sprzedawców), Nasty Gal zyskuje własna witrynę, a Sophia z dziewczyny szukającej bajgli w śmietnikach, zmienia się w prawdziwą Szefową. 


W 2012 r., kiedy Nasty Gal już trwale ustaliło swoją pozycje dominująca na rynku ubrań vintage (i nie tylko), wokół marki zaczyna robić się naprawdę głośno - Sophia dochodzi do porozumienia z pierwszym inwestorami, a dwa lata pózniej zakłada pierwszy sklep stacjonarny w LA. I tak chyba zaczyna się początek końca Nasty Gal w pierwotnej formie. Mają miejsce pierwsze zwolenienia, z firmy odchodzi przyjaciółka Sophii Christina Feruci, a w 2015 r. sama Szefowa rezygnuje z funkcji CEO (amerykański odpowiednik dyrektora generalnego).

Rok 2015 to także znamienny dla wizerunku Nasty Gal pozew pracownicy zwolnionej tuż przed jej odejściem na urlop macierzyński. Oficjalnie zakńczony arbitrażem, ale w praktyce będący impulsem do fali krytyki atmosfery w firmie w Internecie - m.in. w znanym serwisie glassdoor.com. "The Devil Does Not Wear Prada... She Wears Jeffery Campbell" - czytamy w jednym z komentarzy na stronie.

W 2016 roku Nasty Gal zanotowuje stratę 21 mln $ przy przychodach rzędu 77,1 mln $, ogłasza bankructwo, a wkrótce marka zostaje sprzedana Boohoo - sieciówce z UK dla nastolatek i młodych kobiet. 

Zagłębiając się w historię Sophii, którą można by stereotypowo określić "od zera do bohatera", usilnie zastanawiałam się, co sprawiło, że Nasty Gal zbankrutowało. Wydawało mi się dziwne, że marka, którą Sophia wykreowała z niczego, z kapitałem początkowym rzędu kilkudziesięciu dolarów, który dzięki oszczędności i kreatywności Sophii zaprowadził ją na finansowy i prestiżowy szczyt, nagle znalazła się na dnie. Pomocny w zrozumieniu tego problemu okazał się artykuł zatytułowany "Death by overfunding" opublikowany na profilu Sramany Mitry na Linkedinie. Teza postawiona w nim jest dość jasna i cieżko się z nią nie zgodzić: nadmierne finansowanie inwestorów połączone z nierealistycznymi oczekiwaniami sprawiły, że marka zjadła własny ogon. Nie każdy wzrost jest dobry - w tym przypadku zbyt gwałtowny wzrost doprowadził Nasty Gal do bankructwa. Sukces marki Sophii Amoruso tkwił przede wszystkim w wyjątkowości - sprzedawała ubrania oryginalne, trafiające do określonego odbiorcy. Pomimo pół miliona klientów w 60 krajach można było określać grono potencjalnych klientów Nasty Gal jako pewną nisze. Nisze, która ceniła sobie dbałość o każdy szczegół, kontakt z klientem i aktywność w mediach społecznościowych. Niestety, oczekiwania inwestorów stawiały Nasty Gal raczej w pozycji marki pretendującej do bycia sieciówką. W takim przypadku zapewne cieżko było utrzymać marce swoją własną niepowtarzalność i w pełni skontrolować kwestie pracownicze czy jakościowe. 


Mimo, że lata świetności Nasty Gal ma już prawdopobnie za sobą, to na szczęście nie można tego powiedzieć o założycielce. Sophia sama w sobie jest marką, o czym świadczy chociażby sukces jej książki i serialu "Girlboss". Gdzieś natknęłam się na opinię, że Netflix nie mógł wybrać gorszego czasu na wypuszczenie serialu - w końcu Nasty Gal ogłosiło bankructwo i zostało sprzedane. Nie zgodzę się jednak z tą opinią, głównie z uwagi na siłę, jaka w sobie niesie przekaz książki Szefowej. Historia Sophii to historia wzlotów i upadków. Dochodzenia do sukcesu metodą małych kroków, ciężkiej pracy i zostawiania serca za biurowym stołem. Zazwyczaj motywacyjne gadanie mnie nie rusza, a wręcz przeciwnie - demotywuje! Jednak Sophię kupuję w stu procentach. Z jej wyszczekaniem, stawianiem na swoim za wszelką cenę i niewpisywanie się w standardy. Upadek Nasty Gal nie oznacza upadku założycielki - w końcu założyła tę markę od zera, została dzięki niej milionerką i utrzymywała na niewyobrażalnym nawet dla niektórych sieciówek poziomie przez 10 lat. Każdy popełnia jakieś błędy i nie twierdzę, że Sophia tego uniknęła - ona sama mówi o swoich złych decyzjach niezwykle szczerze. Ale to właśnie czyni ją autentyczną. I sprawia, że każdy ma ochotę zostać szefową i ciężko na to pracować (sic!). Podejście do biznesu, jakie Sophia prezentuje, jest proste, ale jednocześnie wyjątkowe. Dużo pisze i mówi o uczciwości, oszczędności i determinacji. Ciężko się z nią nie zgodzić, gdy krytykuje zadłużanie się, zachęca do poświęcenia się pracy i marzeniom, a swój  "feminizm" prezentuje w najlepszy możliwy sposób - ciężką pracą, nie propagandowym gadaniem.

Dlatego też nie mam cienia wątpliwości co do przyszłości Sophi Amoruso i szczerze jej kibicuję - w końcu kto ma osiągnąć kolejny sukces jak nie "równa babka" poświęcająca się temu, co kocha i inspirująca wiele kobiet na całym świecie? 




Girlboss

by on 19:17
Historia Sophii Amoruso przypomina nieco słynny american dream. A przynajmniej tak sprawę przedstawiały media, które po olbrzymim s...

Nasz pobyt w Berlinie trwał trzy dni - to zdecydowanie za mało, by dobrze poznać miasto, ale wystarczająco długo, by świetnie się bawić i poczuć jego klimat. 

Berlin okazał się miejscem bardzo zróżnicowanym, gdzie turystyczne perełki takie jak zamek Charlotttenburg czy Berliner Dom, przeplatają się z architektonicznymi potworkami z betonu będącymi przypomnieniem o minionej epoce. 





O Murze berlińskim nie dają zapomnieć liczne muzea, "autentyczne" kawałki muru w każdym szanującym się sklepie z pamiątkami i słynny Checkpoint Charlie. To jedno z najbardziej znanych przejść granicznych między NRD a RFN, stało się po latach już bardziej atrakcją turystyczną - przy symbolicznym punkcie kontroli granicznej podekscytowani turyści robią sobie zdjęcia w przebraniach żołnierzy i dostają odcisk pieczątki z wybranej przez siebie strefy okupacyjnej. Daje się zauważyć, że mało tu czasu na refleksje, a na myśl od razu przychodzi akcja "Yolocaust"... 





Tygiel kulturowy widoczny jest na każdym kroku głównie za sprawą gastronomii. Pełno tu kebabów, pizzy i chińskich przysmaków. Kolejki po lokalne hity zadziwiają, ale i sprawiają, że i my mamy ochotę poczuć się jak lokalsi i postać pół godziny po słynną Curry 36. 






Co ciekawe, przed naszym pobytem w Berlinie wszyscy straszyli zagrożeniem terrorystycznym, problemami imigranckimi i przestępczością związaną z uchodźcami. Jak to zwykle bywa, doniesienia z tradycyjnej prasy i Internetu okazały się wyolbrzymione. Ciężko czuć się niebezpiecznie w miejscu, gdzie zdecydowana większość przyjezdnych zdaje się świetnie asymilować i po prostu prowadzić normalne życie. Oczywiście, jakieś zagrożenia zawsze występują, ale odnoszę wrażenie, że uchodźcy w Niemczech najbardziej przeszkadzają Polakom, a nie tamtejszej społeczności. 

Jeśli zastanawialiście się wcześniej, czy odwiedzić Berlin, to po tych trzech dniach zdecydowanie polecam! Myślę, że każdy znajdzie tutaj coś dla siebie - jest dużo turystycznych miejsc, wiele galerii sztuki, wieczorami miasto tętni życiem, a przy dobrej pogodzie ciężko powstrzymać się przed długimi spacerami i odpoczynkiem w miejscowych parkach. Dodatkowym atutem jest zdecydowanie przeszłość miasta - na tyle ważna, że chcąc zrozumieć historię XX wieku, po prostu trzeba się tam wybrać.

Dla wciąż nieprzekonanych - garść zdjęć poniżej :) 

























Majówka w Berlinie

by on 18:20
Nasz pobyt w Berlinie trwał trzy dni - to zdecydowanie za mało, by dobrze poznać miasto, ale wystarczająco długo, by świetnie się bawić ...

Znam sporo osób, które nie rozumieją zachwytu nad foodtruckami. Irytuje ich jedzenie na ulicy czy w podobnie niesprzyjających warunkach, brak kelnerskiej obsługi, zbyt luźny klimat. Ale dla mnie to jest właśnie to, co w ulicznym jedzeniu mnie urzeka. 

Nigdy nie byłam wielką fanką wystawnych restauracji, nadętego klimatu, obrusów i szeroko pojętego fine dining. U mnie zdecydowanie wygrywają proste pomysły i atmosfera, przy której je się wśród śmiechów, tak po prostu, na luzie. Okej, takie jedzenie nie zawsze sprawdzi się na pierwszą randkę czy w środku mroźnej zimy, ale kiedy tylko robi się odrobinę cieplej, uwielbiam biegać po festiwalach foodtrucków i cieszyć nowo odkrytymi perełkami. Dużym plusem takich eventów jest to, że w jednym miejscu spotykają się przeróżne kuchnie i smaki, od typowej pizzy i zapiekanek, przez intrygująco robione lody, aż do wyrazistego, orientalnego żarełka. Podobnego typu jedzenie przekonuje mnie też na wyjazdach - wychodzi zazwyczaj taniej, a do tego jest mało przyjemniejszych rzeczy od spaceru wzdłuż Sekwany z tradycyjnym crêpe w dłoni :) 

Abstrahując od mojej opinii na temat foodtrucków, jedno jest pewne - zdecydowanie przeżywają szczyt popularności. Na festiwale przychodzi mnóstwo osób, a lokalne trucki czy budki polecane są często jako must-eat w danym mieście. Wraz z sukcesem jedzenia na kółkach, przychodzi też często myśl o otworzeniu lokalu - świetnym przykładem takiej polityki we Wrocławiu jest Osiem Misek czy prawdziwy potentat w swojej branży - Pasibus, którego burgerami można zajadać się w wielu punktach w mieście, również stacjonarnie. 

Wrocławscy Ulicożercy to właśnie jedno z wydarzeń, którego miłośnicy foodtrucków przegapić nie mogą. Odbywa się co roku w klimatycznym Browarze Mieszczańskim przy ulicy Hubskiej we Wrocławiu, gdzie i w tym roku udało nam się dotrzeć. 



Na pierwszy rzut poleciały przepyszne i wszędzie zachwalane lody od Krasnolóda. Jedliśmy je już wcześniej w deserze w Folgujemy i po raz kolejny nie zawiodły. Masło orzechowe z maliną było ciekawe i wyraziste, a belgijska czekolada - cóż, niebo w gębie. Koniecznie spróbujcie, szczególnie, jeśli w obliczu wysypu lodów naturalnych nie jesteście pewni, co jest grzechu warte :)


Kolejną opcją do przetestowania była zapiekanka z foodtrucku o nazwie Karmniknr2, stojącego na co dzień przy ul. Drobnera. Ta zwykła-niezwykła zapiekanka z szynką parmeńską, rukolą, mozzarelą i pomidorkami koktajlowymi, była chyba najlepszą jaką dane mi było zjeść. Prawdziwe dopieszczone smaki, wyrazisty sos, cudownie chrupiąca buka... Chciałam tylko więcej :) 




Zgodnie z zasadą "raz na słodko, raz wytrawnie", potem pobiegliśmy po gofra od Tentego food & drinks. Ciasto pyszne, jednak wersja z sosem krówkowym, bananem i migdałami okazała się tak słodka, że na jednym gofrze na dwójkę się skończyło. Chyba jednak pozostanę wierna mojemu ulubionemu gofreak :) 





Na koniec, żeby trochę się "odsłodzić", postawiliśmy na klasyczne PANCZO. Ich meksykańskie jedzonko kocham całym sercem, szczególnie wegetariańskie tacosy, w których nawet brak mięsa nie przeszkadza :D. Tym razem zdecydowaliśmy się na opcję z wołowiną i obyło się bez zawodu - jak zwykle byliśmy w meksykańskim raju. Jedyny minus to długi czas oczekiwania, ale niestety taki urok zlotów foodtrucków i najpopularniejszy miejsc. 




***





Ulicożercy

by on 19:43
Znam sporo osób, które nie rozumieją zachwytu nad foodtruckami. Irytuje ich jedzenie na ulicy czy w podobnie niesprzyjających warunkach,...